KLATERKU ! NIEEEEEE !!!!

Nie zgadzam się, żebyś tak ot, sobie poszedł ... poszedł na zawsze !
a jeszcze kilka dni temu tutaj żartowałeś, jeszcze z Komentariatem obchodziliśmy u Ciebie Andrzejki.
Nasz sympatyczny blogowy kolega Klaterek, czyli Art Klater, czyli
Andrzej Skupiński - dziennikarz, aktor, satyryk ... Literat znakomity,
literacką profesję, słowami Naruszewicza, tak oto malujący :
"Ostatnie-to rzemiosło, co prócz sławy kęsa,
Nic nie daje autorom ni chleba, ni mięsa
I żyć każe sposobem prawdziwie uczonem:
Wodę łykać, a wiatrem żyć z chamaleonem."
.
warto było tam bywać !
Klaterku - już nie przeczytam - "buziule", nie uśmiechnę się do wesołego komentarza, nie odczytam ironii, nie wyślę Ci świątecznej kartki, chociaż wypisałam ... już mogę tylko wspominać i zamknąć w sercu, w specjalnej zakładce z napisem - "BĘDĘ PAMIĘTAŁA". Będę Klaterku, masz to jak w banku !
Nie zapomnę, jak chciałeś, byśmy zrobili film o mojej kresowej rodzinie, wiem, to tak z wrodzonej kurtuazji, ale mnie na prawdę było tak miło ... A wywiad ! Taka byłam dumna, że oto prawdziwy literat zechciał taką zwykłą Malinę u siebie przedstawić ... Powtórzę tutaj ten wywiad ... NA PAMIĄTKĘ Klaterku, powtórzę w całości ...
*
WPUSZCZONY W MALINY
czyli wywiad Klaterka ze mną
Sądzę, że obecny tu Szanowny Komentariat da się wpuścić w maliny, tak jak to szczęśliwie zdarzyło się staremu Klaterowi. Zatem
do adremu:
1. Mój nick Art
Klater to fonetyczny zapis angielskiego wyrażenia „art clutter”, co
można przetłumaczyć jako „artystyczny rozgardiasz” Jaka jest geneza
Twego – Malina M.?
Z moim nickiem sprawa nie jest tak prosta. Miałam aż trzy różne nicki.
Pierwszy nick, jakim posługiwałam się na forach i blogach, to –
"wstrętny liberał" .Taki prowokacyjnie przekorny nick. To były czasy,
kiedy zaczynały wykluwać się terminy: "prawdziwy Polak", "prawdziwy
katolik". A ja to niby kto?!
Pierwszy blog, na który w życiu
trafiłam, to był blog Lecha Wałęsy, Nie miałam pojęcia na czym
blogowanie polega, naciskałam linki osób, które tam mądrze komentowały i
tak trafiłam na blogi Tomasza i Krystyny, jak się potem okazało, dwójki
polonistów. To oni namówili mnie na założenie własnego bloga,
zaprotestowali jednak stanowczo przeciwko wstrętnemu liberałowi, Tomasz
nadał mi nick Miła Liberałka a Krystyna nick Biruta, z połączenia tych
dwóch stworzyłam sobie nick Biruta M Liberałka i pod tym nickiem pisałam
kilka lat.
Miałam blog w Onecie. To był taki trochę
nietypowy blog, refleksje na temat życia pisane przez pryzmat historii
fiołkowej świnki Violuni (emoticon) i świerszcza Waldemara.
Na tym blogu
nie poruszałam tematów politycznych. Pewnego razu trafiła do mnie miła
starsza Pani, starsza o kilka lat od mojej Mamy. Zaprzyjaźniłam się z
Panią, bo mam sentyment do starszych ludzi. I pewnie do dziś byłabym
Liberałką, gdyby Pani owa nie trafiła na polityczny blog mojej
koleżanki. Wtedy zaczęła się jazda. Pani wyczytała tam, że lubię
Premiera Tuska. Epitety na temat mojej inteligencji to mały pikuś, Pani
zaczęła mi pisać, że ją obrażam takimi wpisami, że lubiąc premiera pluję
ma jej przeszłość powstańczą , każda moja, nawet najdrobniejsza,
wzmianka o PO doprowadzała Panią do pasji.
Przestraszyłam
się. Nerwy w tym wieku to zabójca a czy ja nie mam dość własnych
kłopotów, żeby brać na sumienie starszą osobę. Powoli przestałam pisać u
siebie. Komentowania politycznego, na znajomych blogach, nie potrafiłam
sobie jednak odmówić. Zmieniłam więc nick i zaczęłam świadomie robić
błędy ortograficzne. Żeby trudniej było mnie rozpoznać wybrałam sobie
najbardziej badziewiasty nick, jaki mi przyszedł do głowy czyli Malina a
że Malin w blogosferze jak psów to dodałam sobie, do tego tortu,
jeszcze dwie wisienki, czyli M i gwiazdkę - tak powstała Malina M*. Żeby
uwiarygodnić postać po pewnym czasie stworzyłam nowy blog. Tytuł sam mi
się narzucił - „w malinach” Blog miał być prowizorką. A że na świecie
nic trwalszego od prowizorek to przyzwyczaiłam się i do nowego miejsca, i
do nieszczęsnej Maliny . Po dłuższym czasie, jak już Pani zapomniała o
moim istnieniu, przyznałam się wszystkim znajomym do mistyfikacji. Na
blogach jestem więc teraz i Maliną i Hanią (to zdrobnienie od Anny,
czyli od mojego prawdziwego imienia). Nawet, muszę przyznać, Malinę
polubiłam.

.
2. Wiele osób, niezależnie od wieku, stwierdza: polityka mnie nie
interesuje. Jak ty ustawiasz się do polityki jako społecznej aktywności?
Polityka to jest coś, co mnie pasjonuje i wciąga już od dosyć
dawna. Jestem, jak na kobietę, bardzo rozpolitykowana. Dyskutuję na
forach i na fejsie, ale bezpośrednio nie biorę udziału w politycznej
działalności. Uważam, że politykę musi się uprawiać z pasją, a co za tym
idzie trzeba się jej poświęcić.
Mam ważniejsze pasje, mój
zawód pochłania mi wiele czasu i zapału a na dodatek jestem bardzo
przywiązana do życia rodzinnego, właściwie to ono jest dla mnie
najważniejsze. Nie da się pogodzić trzech rzeczy. Pogodzenie dwóch jest
już rzeczą trudną a nie chcę, będąc do wszystkiego, być do niczego. Moja
polityczna działalność ogranicza się tylko do pisania na politycznym
blogu krótkich satyrycznych tekstów, ilustrowanych politycznym
fotomontażem .
.
Te fotomontaże to mój konik, przypadkowo,
robiąc plakat, spróbowałam zmontować coś sobie. Teraz bawi mnie
kombinowanie osób, miejsc i sytuacji i dobieranie do tego odpowiednich
słów. Te moje polityczne fotomontaże, puszczone w wirtualny obieg, żyją
swoim życiem. To mój wkład w politykę. Myślę, że żart i śmiech to mocna
broń, zwłaszcza teraz, kiedy wszelkie granice słowne zostały
przekroczone. Potwarz, obelga i oszczerstwo nie robią wrażenia, ale
wyśmianie chyba jeszcze tak, myślę, że im delikatniejsze tym działa
mocniej. Ale może się mylę.
3. Jakie są twoje ulubione beletrystyczne lektury?
Ma być
zgodnie z prawdą więc odpowiem bez owijania w modne, bawełniane ciuszki :
książki do których często wracam i o których myślę w najdziwniejszych
sytuacjach życiowych to: „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Mały Książę”,
"Trylogia" Henryka Sienkiewicza, to te dobrze znane, z mniej znanych to
„Rapsodia Świdnicka” Władysława Jana Grabskiego i przejmująca powieść
Denise Legrix, „Taka się urodziłam”. Do tej książki wracam w często,
pomaga mi wziąć się w garść i bez marudzenia pójść do przodu. Uwielbiam
też kryminały Agathy Christie i Joanny Chmielewskiej. A poza tym, to ja
jestem pies na poezję. Mistrz Gałczyński z jednej strony a Roman
Brandstaetter z drugiej. O całym środku nie powiem, bo opowieści nie
skończę.
4. Czy Twoje wykształcenie i wykonywany zawód rozwijają bezpośrednio Twój niewątpliwy literacki talent?
Talent to zbyt wielkie słowo, prędzej zamiłowanie do pisania. Od
małego uwielbiałam czytać, biegałam do biblioteki i znosiłam do domu, co
się dało. Rodzice trochę studzili ten mój dziki zapał, bo oczy mam
bardzo kiepskie … ale od czego spryt, latarka i kołdra.
W
szkole nie wybrałam jednak klasy humanistycznej, poszłam do
matematyczno-fizycznej, bo to matematyka była dla mnie królową nauk,
zresztą jest do dzisiaj. Teoretycznie powinnam nabawić się rozdwojenia
jaźni latając z kółka matematycznego, na kółko polonistyczne, zahaczając
po drodze o scenę i szkolny kabaret. Chciałam zostać reżyserem
teatralnym ale doszłam do wniosku, że z czym do gościa, szans nie mam.
Jedynym zawodem, jaki wtedy, według mnie, łączył przedmiot humanistyczny
ze ścisłym, czyli polski z matematyką, to była architektura, a że
rysować i fantazjować lubiłam od dziecka to zostałam architektem. Potem
jeszcze trafiła się okazja urywania z pracy, kosztem wyjazdów na
uczelnię, więc dorobiłam sobie podyplomowe studium z konserwacji
zabytków.

Zafascynowanie architekturą, a zwłaszcza zabytkami, przyszło dopiero
kilka lat po studiach, kiedy zaczęłam samodzielnie projektować. Czy ten
zawód rozwija moje zamiłowanie do pisania ? TAK - po trzykroć TAK.. Po
pierwsze zabytki, zwłaszcza obcowanie ze z ludźmi, którzy konserwacją
się zajmują. To zwykle pasjonaci o ogromnej wiedzy. Wyobraźcie sobie
jak, współpracując ze swoim dawnym profesorem, chodzę po gotyckich
piwnicach a on opowiada, opowiada, opowiada pięknym językiem. Dotykam
wilgotnej, wapiennej zaprawy i widzę to, o czym mówi. Widzę ręce, które
wyrabiają wielkie gotyckie, porowate cegły, widzę dłuto, które
delikatnie wchodzi w kamień.
.
Architekci często myślą
obrazami a potem te obrazy opisują, z czasem coraz łatwiej dobrać słowa a
wtedy „odpowiednie dać rzeczy słowo” sprawia przyjemność. Kiedy pracuję
nad obiektem zabytkowym zaczynam od źródeł, czyli od historii. W
archiwach, u Konserwatora Zabytków, można trafić na perełki. Po drodze
wyczytuję więc i odnajduję niewiarygodne materiały, które aż proszą się o
opisanie. Tak sobie czasem myślę, że taka, na przykład, mumia kota,
umieszczona w suficie, nad łożem pani hrabiny, godna jest opisania.
Czasem myślę sobie, że tyle ciekawych rzeczy w czasie projektowania
odkryło się w zabytkach, że warto komuś o tym opowiedzieć, szkoda, żeby
tak w niebyt pofrunęło. Warto zainteresować ale do tego nie wystarczy
zwykłe podanie faktu więc staram się wprowadzić trochę humoru. Żeby
ożywić nudne wywody , muszę też kombinować określenia, którymi da się
obrazowo zastąpić określenia fachowe, usiłuję, za pomocą słów, obrazek
techniczny, wektorowy, zamienić w plastyczną fotografię. Czasem może się
udaje. To by było po pierwsze. Po drugie, to oprócz ratowania zabytków,
tworzę projekty nowych, własnych obiektów, a przy tych projektach nie
tylko rysuję i liczę, również piszę i to sporo. Opis techniczny liczy
zwykle dwadzieścia do trzydziestu stron. Jest pisany językiem suchym,
technicznym, bardzo precyzyjnym, ale jedna strona opisu jest odmienna.
Jeden z punktów nosi tytuł „opis rozwiązania projektowego” przekładając
na normalny język – „co poeta miał na myśli” W tym punkcie to muszę
rozwinąć wszystkie swoje umiejętności pisania, żeby przekonać do
rozwiązania, muszę często karkołomne słowne figury wyczyniać, żeby
pogodzić rzeczy teoretycznie nie do pogodzenia, muszę tak opisać swoje
„dzieło” by konserwator zabytków nie dostał zawału, pożarnik nie miał
ochoty mnie zamordować a inspektor sanitarny, na wstępie, nie wyrzucił
projektu do kosza i żeby wszyscy jakoś dali się przekonać do wzajemnych
ustępstw.

.
Uwierzcie – takie słowne lawirowanie i
kombinowanie rozwija zmysł „pisarski” i z czasem „lanie wody” staje się
coraz łatwiejsze. I jeszcze coś – mój zawód wymaga umiejętności
sprzedania własnych koncepcji, bez tego nie da się w tym zawodzie
istnieć. Pomijam przetargi, ale konkursu bez słownego roztaczania
własnych wizji wygrać się nie da, innymi słowy bez „wprawek literackich”
cieniutko by było.
.
I wreszcie po trzecie – mój zawód wymaga
umiejętności fotografowania. Robiąc zdjęcia techniczne czasem łapię w
obiektywie jakiś moment, który mnie zachwyci , potem mój zachwyt ubieram
w słowa. Ja jestem wzrokowcem często myślę obrazami, moje notki zwykle
są komentarzem do fotografii, rzadziej zdjęcia bywają ilustracją tekstu.
5. Czym jest dla Ciebie blogowanie (np. pasją,, odmianą życia
towarzyskiego, po prostu zabawą itp.) i czego oczekujesz od swych
komentatorów?
Blogowanie to, z jednej strony, odskocznia od
pracy i codzienności, przeniesienie w inny świat. Kiedy tak sobie
popracuję nad opisem technicznym do projektu, jak w głowie zalęgną się
dziesiątki terminów technicznych, jak zmęczy mnie uważanie na każde
słowo i oglądanie go dziesięć razy, ze wszystkich stron, to mam ochotę
wejść na blog i fruuuuuuu - odfrunąć w abstrakcję albo napisać wierszyk o
pijanym płocie, albo zamyślić się nad poetyckim zdjęciem.
Z
drugiej strony - blog to świat, w którym spotykam przyjaciół, takie
dopełnienie przyjaźni z realnego świata. Cieszy mnie poznawanie
ciekawych ludzi, zaglądanie do ich świata przez dziurkę od klucza.
Czasem przyjaźń idzie dalej i sobie pomagamy. To jasna strona
wirtualnego świata.
wirtualnie wiruję z Tomkiem
Poza tym – lubię zabawę słowem. Lubię też opowiadać o
swojej pasji i do świata zabytków przyciągać, najbardziej opornych i
najmniej do staroci przekonanych.
A czego oczekuję od
odwiedzających? Że się uśmiechną, kiedy piszę żartem, że przystaną na
moment nad refleksją i podzielą się swoją myślą, że napiszą, co myślą o
tematach kontrowersyjnych, pokłócą się ze mną, nawet, że mi nawtykają od
naiwnych pensjonarek ale nie przejdą obojętnie. Jeśli to, co piszę jest
obojętne to jaki sens pisania? Nie oczekuję, w żadnym wypadku,
potakiwania ani zgadzania się. Świat jest ciekawy jak oglądamy z lotu
ptaka i z żabiej perspektywy. Jest jeszcze ciekawszy kiedy te
perspektywy się nakładają, wtedy patrzenie wprost staje się chyba i
łatwiejsze i bardziej prawdziwe. Nie obrażam się za krytykę chociaż,
przyznaję, jak lwica walczę o swoje. Nie wzruszają mnie wyznania typu
„ty POwska mendo, żebyś zdechła” ale dotykają drwiny z wiary. Chociaż
czasami jadę po bandzie, zwłaszcza w polityce, to nigdy nie robię
pewnych rzeczy – nie drwię z wiary, nadziei i miłości ani z braku wiary,
braku nadziei czy braku miłości.
.
Dziękuję Klaterku
DZIĘKUJĘ !
*