niedziela, 11 listopada 2018

RÓŻA


DLA NIEPODLEGŁEJ




Róża jest wspólna, 
fotografuje Mamcia, 
a pozuję ja 


życzenia na fali serca i tylko kilka słów


NIECH NASZA NAJJAŚNIEJSZA CIESZY SIĘ WOLNOŚCIĄ
A MY CIESZMY SIĘ RAZEM Z NIĄ





I NIE ZAPOMINAJMY
PAMIĘTAĆ

*


                               z radością świętuje  Malina M *                                  
strona liiil   

piątek, 9 listopada 2018

JAK ZOSTAŁAM ARCHITEKTEM

AUTOPORTRET



 z pędzlem w zębach
i Królową Nauk


Dlaczego akurat Królową, ano matematyce zawdzięczam to, że zostałam architektem. Matematyce, a dokładniej mówiąc naszemu Matematykowi. Ale od początku: ja jestem z wyżu demograficznego, wtedy dostanie się na architekturę bez punktów za pochodzenie, graniczyło niemal z cudem. Zdecydowana w szkole to ja byłam "dziko". Raz chciałam być reżyserem, drugi raz znowu chirurgiem ... hmm, nie da się ukryć pokrewne profesje. Moi dwaj przyjaciele niezmiennie wybierali się na politechnikę. W ostatnim tygodniu, przed składaniem papierów, nagle mnie oświeciło - też idę na politechniczne studia.  Najbardziej kochałam język polski i Królową Nauk, a że od zawsze lubiłam rysować, to połączyłam te elementy i wyszła mi architektura. Problem w tym, że ludzie zdający na architekturę, zwykle rok albo i dwa, uczyli się prywatnie rysunku. Ludzie w technikum budowlanym mieli taki przedmiot, jak geometria wykreślna, w ogólniaku tego nie było. Problem w tym, że egzamin z rysunku, to nie egzamin z malarstwa, tutaj elementy geometrii wykreślnej i odpowiednia "kreska" to podstawa.



taką oto mam "kreskę"

Lubię ryzyko, więc zaryzykowałam. W razie klęski mogłam zdawać na inny kierunek. Egzamin z rysunków odbywał się u nas dużo wcześniej, niż pozostałe egzaminy. Nic dziwnego, to pierwszy przesiew. Kandydatów był tabun. Kilka dni trwał egzamin. Prawdę powiedziawszy nie liczyłam na zdanie. Ludzie byli doskonale przygotowani. Jeden z tematów : narysuj z pamięci 4 dowolne obiekty. Pamięć i owszem, mam, ale narysować ???! Narysowałam - mgliście nieco i nieco wrażeniowo. Chyba jeszcze bardziej wrażeniowo, niż ten kościół wyżej. Szczęka mi opadła, jak zobaczyłam kolegę obok - rysował Bazylikę Świętego Piotra w Rzymie i to z detalami ! Z czym ja do gościa ! Jednak cud się zdarzył i wprawdzie w "stanach średnich", ale zdałam. Fruwałam z radości, światełko w tunelu zamigotało. Jeszcze wszystko przede mną. Mam jeszcze asa w rękawie, to Królowa Nauk. Wiadomo, że jeśli architekci czymś grzeszą, to  w ogólności nie jest to raczej matematyka. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Nadszedł termin egzaminów z matematyki. Bałam się straszliwie. To był egzamin pisemno-ustny. Dostaliśmy zadania, po rozwiązaniu była część, przeznaczona na pytania teoretyczne. Ręce mi się trzęsły, zdenerwowana byłam do granic wytrzymałości. Zadania zostały rozdane, uffff - o niebo łatwiejsze, niż na zwykłej klasówce. No tak, może i były łatwiejsze, ale mnie wyleciał z głowy wzór, potrzebny akurat do rozwiązania pierwszego zadania. Pytać sąsiada nie miało sensu, bo tu walka o być, albo nie być. Pokombinować na brudno nie było szansy, bo kartki podpisane i "ściśle zarachowane". A w moim umyśle czarna otchłań, nic, zero, null, wzoru nie pamiętam i marne szanse, że aż tak zdenerwowana, sobie przypomnę. Przypomniałam sobie za to krzaki naszego Stefcia. Ano, pani koleżanko, prosto nie da rady to trzeba w maliny, znaczy w krzaki ... Kłujące były. Kombinowałam, jak cztery konie pod górę, coś mi wyszło, ale pewności nie miałam, że to. Ryzyk, fizyk - założyłam, że dobrze i wyprowadzony wzór zastosowałam do zadania. Pozostałe zadania były już normalne. Skończyłam. Zaraz jednak "zaczęła mną targać" niepewność: a jak wzór nie taki ? W końcu doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie niczego już wymyślić, a jak jeszcze posiedzę trochę nad tym, to nie będę już w stanie na żadne teoretyczne pytanie odpowiedzieć.

Zamknęłam oczy i podniosłam rękę. Coś się pani stało ? zapytała mnie "wysoka komisja". Już skończyłam, odpowiedziałam. Komisja lekko się zdziwiła - no to proszę bardzo. Podeszłam do stołu, rozłożyłam kartki z zadaniami. To proszę od pierwszego zadania, uśmiechnął się do mnie pan. No, pierwsze to właśnie było to pechowe. Uff - nabrałam powietrza i ruszyłam - najpierw wyjaśniłam, że "mi się zapomniało" a potem, po kolei, opowiadałam co, z czego, mi wynikało. Przebrnęłam jakoś przez ten wzór, komisja miała trochę dziwne miny, ale brnęłam dalej. Podałam końcowy wynik i mówię: teraz przechodzę do drugiego zadania, a komisja na to: jak to do drugiego? a to pierwsze ? Tu zrobiłam zdziwione oczęta, jak to pierwsze ? no proszę dalej, pierwsze, do końca, wyjaśniła Pani z komisji ... Tu mnie olśniło i wyparowałam: aaaa - do końca ! dalej to ja już nie robiłam, bo dalej to banalne rachunki ... Zrobiła się cisza. Tym razem to komisja miała zdziwione oczęta - powiada pani: banalne rachunki ? No to my pani już podziękujemy ... !!! Zrobiłam się czerwona, jak ta piwonia, bąknęłam dziękuję, wyszłam na korytarz i dostałam histerii. I co ???? pod salą czekali Andrzejek i Henio. Zdałaś ??? - oblałam !!! ...... Ech, fajnie jest mieć prawdziwego przyjaciela, a jeszcze fajniej dwóch.

Zabrali mnie do domu, pocieszali jak mogli i obiecali, że rano przyjdą i pojedziemy znowu, tym razem żeby zobaczyć wyniki. Nigdzie nie jadę !  Kropka ! Jedziesz, jedziesz ! Rano stawili się obaj i wytargali mnie z domu. Marudziłam jak ta durna i na pociąg nie zdążyliśmy. Szczęściem był autobus. Pod dziekanatem zebrał się spory tłum, o 12 pani wywiesiła listę. Ja nie idę, znowu zaczęłam histeryzować. Poszedł Heniu, wrócił za moment. I co ? jęknęłam. A zgadnij ?  A co mam zgadywać i tak wiem ... No zgadnij ?!! ... masz 5 !!! Nie uwierzyłam, Andrzej popędził sprawdzić. Aaale była radość, cała nasza trójeczka z piątkami ! A nasz Pan od matematyki ? Kiedy mu opowiedzieliśmy, tylko się uśmiechnął - wiedziałem, że tak będzie ...

Jeśli ktoś myśli, że to koniec egzaminacyjnych perypetii, to nic bardziej mylnego. Matematyka na 5 bardzo mi pomogła przy "średnio" zdanym rysunku. Wkrótce ogłoszono listę osób, zakwalifikowanych do rozmowy z dziekanem. Hurrrrra - byłam na liście. Ubrałam się niczym pensjonarka, co u mnie w domu raczej trudne nie było i poszłam. Rozmowa wcale nie była taka straszna, jak się spodziewałam, musiałam powiedzieć dlaczego chcę być architektem, po czy dowiedziałam się, że jestem przyjęta na wydział. Wyznaczono mi praktyki studenckie na wrzesień. Wybiegłam na skrzydłach. Fruwałam, niczym ta gołębica, przez cały tydzień.





tu miałam studiować


Po tygodniu spadłam na twarz - uczelnia z przykrością mnie informowała, że z powodu braku miejsc jednak się nie dostałam, mogę jeszcze zdawać egzamin z fizyki na inny kierunek politechniczny. Lepiej nie mówić, w co wpadłam, ale rodzice i koledzy jakoś mnie do pionu postawili.  Niestety, z fizyki to ze mnie nie tylko orzeł, ale nawet kawka, nie była, o wzlatywaniu na wyżyny nie było co marzyć. Wiedziałam "w temacie" mniej więcej tyle, ile w książce, niestety, z akcentem na mniej, a do tego ja pisałam zadania domowe z polskiego koledze Heniowi, a Heniu dawał mi zadania z fizyki. Wpadłam w popłoch, trzy dni ryliśmy jak dzięcioły. Chłopcy wybierali się od początku: jeden na elektronikę, drugi na chemię, więc mieli fizykę w jednym palcu, obaj robili, co mogli, żeby ze mną braki nadrobić. Przyszedł egzamin i ... sprawdziło się powiedzenie naszego Pana od matematyki "masz więcej szczęścia, niż rozumu" zadania mi podeszły, była optyka, dostałam całą czwórę. Uffff - cud. Przy średniej 4,5 miałam możliwość wyboru kierunku. Matuniuuu, jaka ja byłam durna ... wybrałam sobie hmm "romantyczny" kierunek (???) czyli ochronę środowiska, czyli inżynierię sanitarną. Po raz drugi poszłam do dziekana na rozmowę, tym razem do "sanitarnego" dziekana. Weszłam, pan rozłożył moje papiery, popatrzył na mnie takim wzrokiem, jak na rozduszoną żabę i lodowato oświadczył - widzę pani była na architekturze, widzę ma pani 4,5 ... ja panią muszę przyjąć, nie mam wyboru, ale my tu baaaardzo nie lubimy artystów ! Koniec rozmowy. Ojjjj - koszmar.  I ja miałam pięć lat się tam mordować ?




wtedy - nasze ławeczki pod Architekturą

Zrobiło mi się strasznie smutno, wyszłam z ponurego gmachu inżynierii i zniechęcona poczłapałam do "mojego" cudnego, trochę sobie pomarzyć. Architektura była na uboczu, przed budynkiem piękny staw ... usiałam sobie na ławce i z żalem patrzyłam na łabędzie ... eeech, to życie moje. Przypadkiem na sąsiedniej ławce siedziało kilka osób, które pamiętałam z egzaminów. Dostałaś się ? Nie, a wy ? Też nie, ale my właśnie piszemy odwołaniea, wiesz jaka była afera ?! Nie, skąd, nic nie wiem. Nastawiłam uszu, okazało się, że już po przyjęciach przyszła "z góry" dyrektywa, że wydział wygląda na elitarny, za mało ludzi z punktami za pochodzenie i należy wprowadzić korektę. No to wprowadzili. Jak się dowiedziałam, to też kurcgalopkiem napisałam odwołanie. Nadzieję miałam niewielką, ale okazało się, że prawie wszyscy przyjęci a potem wywaleni, odwołania napisali. Chryja się zrobiła niewąska ! Chcąc, nie chcąc, rektor stworzył dodatkową, czwartą grupę. Wróciłam więc na moją architekturę. Nota bene nasza grupa była potem najfajniejsza i najbardziej bojowa. To u nas kolega rysował świnki z dymkami "związek radziecki to ja" to z ćwiczeń w naszej grupie pani od nauk politycznych wypadała z sali czerwona, bo niezmiennie pytaliśmy o Katyń, to nasza grupa najczęściej maszerowała do dziekana, na dywanik, wprawdzie maszerowaliśmy, ale ... ale włos nam nigdy nie spadł z głowy, wykładowców i profesorów to my mieliśmy cudownych, wspaniałych, cały Lwów i Wilno, a jaka kultura !!! chyba nas, niepokornych trochę lubili ?

Lata siedemdziesiąte. Wrocław, miasto młodych i niepokornych.



.
Moi koledzy. Ten w cudnym bereciku to Kuba, później jeszcze o nim powiem. Studenckie imprezy, YAPA, Jazz Nad Odrą, rzadko na nich bywałam, bo na soboty i niedziele wyrywałam się  do domu. Za to na obozy rysunkowe jeździłam. Fajne były, choćby taki w Paczkowie, nad jeziorem. Domki ledwie przetrzymały, chociaż... jeden "jaś" nie doczekał :). Przy okazji wyjazdów na plenery rozwijaliśmy się też muzycznie, znaczy, po drodze ryczeliśmy, przy akompaniamencie gitar. Politycznie ostro było, a kierowca tylko prosił – „w mieście ciszej proszę, ciszej, ja mam żonę, ja mam dzieci”


*


.
Nie ma trwalszej rzeczy niż prowizorka, mawiał jeden z moich ulubionych Profesorów. W takim oto cudnym baraczku, po pięciu latach studiowania, obroniłam swoją pracę dyplomową. Temat projektu -  "Klinika chirurgiczna we Wrocławiu, na Niskich Łąkach". Był rok ... no, mniejsza o to.

Temat wybrałam sobie sama, promotora od szpitali zupełnie nie znałam. Współpracowało nam się doskonale. Jak wymyśliłam w szpitalu kaplicę i uparcie przy tym trwałam, to Pan się zgodził. Ojjj , na tamte czasy trzeba było mieć odwagę do wyrażenia takiej zgody, ryzykowało się sporo. Pan postawił mi warunek - kaplica będzie, ale oprócz kaplicy zaprojektuję też kawiarnię i fryzjera. Trochę mi się ten projekt rozrósł. Przygotowania do dyplomu rozpoczęłam od wędrówki po szpitalach i przyglądania się jak tam praca "od kuchni" wygląda. Hmm - "ambitna" byłam, postanowiłam osobiście przyjrzeć się operacji, no skoro klinika miała być chirurgiczna.




.
Rysunki, rysunkami, ale praca dyplomowa musiała też zawierać część opisową. Spora książka. Moja ilustrowana była "dowodami rzeczowymi" Ubrana w fartuch, maseczkę, czapeczkę i klapki dwie operacje przy stole przetrwałam. Cudem. Zachowałam sobie na pamiątkę odbitki. Robione "Zorką 4" jeśli ktoś jeszcze pamięta taki ówczesny cud foto techniki.

Nadszedł czas obrony. Wysoka i Przemiła Komisja oceniła "ascetyczną" formę bryły budynku, uśmiechnęła się do rysunku sali operacyjnej, tudzież stada chirurgów, pochylonych nad stołem operacyjnym. Ze zrozumieniem przyjęła "nieco odlotowy" pomysł umieszczenia sali operacyjnej na dwóch różnych poziomach - "w celu oddzielenia strefy brudnej od strefy czystej".
Ech Kochaneńcy, co to była za sala ! Dziwaczniejszej ze świecą szukać. Moi chirurdzy myli się na parterze, wchodzili do sali operacyjnej, gdzie czekał pacjent i reszta personelu. Tu pacjenta się usypiało. Potem całe towarzystwo, oczywiście wraz ze sprzętem i stołem, fruuu - na pierwsze piętro, na ruchomej podłodze. Podłoga sali poruszała się przy pomocy podnośnika teleskopowego. Na piętrze, w strefie idealnie sterylnej i jałowej, odbywała się właściwa operacja. Jednym słowem cuda na kiju.  Życie jest życiem, ale na dyplomie na takie ekstrawagancje można sobie pozwolić, toteż komisja nie protestowała. Potem nastąpił krzyżowy ogień pytań. Bardzo konkretnych pytań - od konstrukcji, sił i momentów, poprzez ochronę pożarową, z czujkami i klapami, aż do anatomopatologii. Uffff ... Z nieboszczykiem to prosto jest u Sir Artura, albo u Agaty Christie, tam nieszczęśnik dematerializuje się w cudowny sposób. Niestety w szpitalu nie. Pewnie bym poległa na tym nieboszczyku, na szczęście Wysoka Komisja nie zadała mi pytania, tylko bez ogródek zarzuciła - błąd ! nie przewidziała pani rozdziału dróg ... ooo, na mnie zarzut działa niczym płachta na byka, jak to nie przewidziałam ?!!! (no, fakt, nie przewidziałam) na poczekaniu wymyśliłam historię równie prawdopodobną, jak ta jazda chirurgów na podnośniku. Ufff - Agata Christie się do mnie uśmiechnęła, bajkopisarze też, projekt "się obronił"


*

Na koniec smaczek z mojej młodości,
wcale nie takiej durnej, wcale nie takiej chmurnej:



.
Kuba Wencel, z mojej grupy (ten po prawej) i Jacek Zwoźniak, z mojego roku, czyli swego czasu znany i bardzo lubiany wrocławski zespół BABA.






A tu Chłopaki śpiewają,
fajnie teraz posłuchać ...


*

                          z przyjemnością polecam Malina M *                              
strona liiil   

czwartek, 1 listopada 2018

ZADUSZKOWA


LITANIA

Matko tych, którzy odeszli ...
Matko tych, którzy przychodzą




Pamiętaj o Nich, których pamiętamy
Pamiętaj o Nich, których zapomnieliśmy


*

o Pradziadku Franciszku, na dalekiej Syberii
o Wandzie, której ciało na torach rozszarpane
nie zapomnij ..

o Edku, co z Powstania nie wrócił
o Dziewczętach i Chłopcach z kanału
nie zapomnij ...

o narzeczonym cioci Krysi
którego prochy w Oświęcimiu
nie zapomnij ...

o Wujku, co w czas zawieruchy
służył tobie hen, na Wołyniu
nie zapomnij ...

i o Druhu jego, batiuszce
co żywcem spalony za przyjaźń
nie zapomnij ...



.
o Złoczowiakach
i o Brzeżańczykach
nie zapomnij ...

o Bolku z czerwonymi makami
i kompanach spod Monte Cassino
nie zapomnij ...

o Janie i Zofii – po mieczu
Walerii i Romualdzie – po kądzieli
nie zapomnij ...

o wąsatym wujku Stasiu
i szalonych Kresowiankach
nie zapomnij ...



.
Dziadziu - to ja, twoja Zazulka
Bóg Honor Ojczyzna
pamiętam

Tatusiu – żyję jak mnie uczyłeś
Być przed mieć i zawsze prosto w oczy
pamiętam

Chłopcy - już tam macie towarzystwo
„orłów nie ma, nie wylecą” …
pamiętam





.
o wszystkich, których pamiętam
o wszystkich, których zapomniałam
nie zapomnij ...






.
o wszystkich, których kochają Ci, którzy tu wchodzą
o wszystkich, których zapomnieli Ci, którzy tu wchodzą
nie zapomnij ...

*


POST SCRIPTUM
Madonna z mojej fotografii czeka na renowację, anioły są już po ...




Grób moich Dziadków ... uśmiecham się do wspomnienia ...
Dawno temu, kiedy jeszcze nasz Misiu był malutki poszliśmy razem na cmentarz. Popatrz Misiu tu leży twoja prababcia Waleria i pradziadziuś Romuald. Pomódl się ładnie za nich. Dziecię popatrzyło na mnie, posłusznie złożyło rączki, a potem wypaliło:

- Bożiu daj zdrówko mojej prababci  i pradziadziusiowi ...

no nieeee. ... zagryzłam wargi, żeby nie parsknąć
Wiele lat później, dorosły już Misiu obiecał, że nad moim grobem zagra mi ulubioną "Modlitwę" Okudżawy. Ciekawe, czy słowa dotrzyma ...

*

                              z zadumą polecam Malina M *                              
strona liiil   

sobota, 27 października 2018

CIĄG DALSZY

KTÓRY MIAŁ NASTĄPIĆ


Jestem taka szczęśliwa, pierwszy krok w dorosłość za mną  ! Nawet biały kołnierzyk nie przeszkadza, wszyscy na początku takie mamy, dopiero potem ubierzemy z dumą "gimnazjalny" mundurek. Tak, tak, gimnazjalny. Wtedy często w domach mówiło się na ogólniak - gimnazjum. To był taki nostalgiczny ukłon w stronę "przedwojenności".



wtedy jeszcze
nie byłam okularnicą


Nasza trójeczka kujonów, Andrzejek, Henio i ja, oczywiście razem ! Zgodnie wybraliśmy sobie klasę matematyczno-fizyczną. Klasa trafiła nam się świetna, a jacy świetni nauczyciele !

Niezbyt już zgodnie wybieraliśmy kółka zainteresowań, razem tylko matematyczne, dodatkowo Andrzejek chemiczne, Henio fotograficzne, a ja polonistyczne i teatralne. Za to wyjątkowo zgodnie odrabialiśmy lekcje. Wypracowania czasem pisało się po dwa, bo chłopaki lepsi byli z pozytywizmu, a ja z romantyzmu. Ile razy dostawałam kartkę pod ławką: masz jabłonie? i zaraz kartka z mojego zielnika wędrowała do Andrzeja. Masz chleba ? jak dawniej pisałam do Henia i zaraz pod ławkami wędrowała do mnie bułka z kiełbasą, Bułkę sobie zjadałam, jak się pani odwróciła ... taka byłam. Tacy byliśmy. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jak przyjaźń to na zawsze.


*

MOJA SZKOŁA

Na zdjęciu niżej mnie nie ma. Jak widać zdjęcie z internetowej strony.



.
Kto wie, może jestem akurat w szkolnym sklepiku, może przycupnęłam na schodach, albo siedzę w klasie ?  Moja klasa to gabinet niemieckiego, ten z jednym pomarańczowym kwadracikiem. Dwa kwadraciki ma gabinet języka polskiego, a trzy - matematyczny.  Gdzieś tam przecież jestem, bo zdjęcie z moich szkolnych czasów.



.
Nie wiem czyje to jest zdjęcie, znalazłam na portalu miejskim. Dla mnie na tyle jest ciekawe, że widać na nim moje dwie szkoły. Jest nowa stara szkoła (podstawówka) i stara nowa szkoła, czyli ogólniak. I jeszcze do tego dwie nasze klasy widać.



.


Trochę koloru z internetu. Takich zdjęć nie mam, mam tylko czarno-białe.


*

MOJA KLASA

Matematyczno fizyczna z językiem niemieckim. O, jak ja tego wrednego niemieckiego szczerze nienawidziłam !!! Straszliwy był ze mnie językowy tumanek, a do tego wychowawca był nauczycielem niemieckiego, a do tego miałam moich dwóch przyjaciół - dwa lingwistyczne sokoły. Wszystko to mieszanka dająca w rezultacie kompletny analfabetyzm. Ja do dzisiaj po niemiecku ani rączką, ani nóżką. Robiłam kiedyś projekt dla Fundacji Polsko Niemieckiej, przykro mówić - z tłumaczem ! Wstyd ciężki.



Pomarańczowe kwadraciki, jak w podstawówce - Heniu, Andrzej i ja.


*

NAUCZYCIELE
KTÓRYM TYLE ZAWDZIĘCZAM



.
Jest tu nasz Dyrektor, pierwszy od lewej, jest Pan od rysunków, pierwszy od prawej, ten z fajką, jest egzotyczny Pan od angielskiego, jest nasz Wychowawca, Pani od historii, chemii, Pani od fizyki, rosyjskiego i przede wszystkim dwójka, o której chciałabym opowiedzieć - Pani od polskiego i Pan od matematyki. Stefania i Stefciu, bo takie nadaliśmy Im "imiona".


*

PANI OD POLSKIEGO
STEFANIA 

Surowa, wymagająca, wydawać by się mogło zimna, w rzeczywistości ciepła i całym sercem za nami, uczniami.  Język polski to była, nie tylko dla mnie, przyjemność. Konikiem Stefanii był teatr. I teatr żywy, i teatr telewizji. A wtedy teatr telewizji był u nas na wysokim poziomie. Repertuar od Wielkich Romantyków, przez Fredrę, Anatola France'a do Kafki czy Aleksandra Ścibor -Rylskiego.  Skoro teatr był pasją Stefanii, to stał się naszym obowiązkiem. Żadnych wymówek - poniedziałkowy wieczór obowiązkowo przed telewizorem, we wtorek nasze recenzje i dyskusja. Do teatru był osobny zeszyt, każdy spektakl opisany, a jeśli komuś udało się kupić Ekran albo Teatr i recenzje wkleić, to mógł spodziewać się plusika w dzienniku. Musieliśmy obowiązkowo wiedzieć, co w teatralnej trawie piszczy. Musieliśmy znać krytyków teatralnych i literackich. Ja akurat miałam teatralnego fisia, z chłopakami było jednak gorzej, żadna siła ich do tego telewizora nie była w stanie przywiązać. Zgadnijcie - kto korzystał z mojego zeszytu ? komu streszczałam spektakle ? Spokojnie - ćwiczenia z niemieckiego bez skrupułów odpisywałam od obydwu.

Stefania uczyła nas wyrażania myśli w sposób barwny, ale syntetyczny. Wypracowania wcale nie musiały być tasiemcowe. Promowała te krótkie i celne. Uczyliśmy się robienia konspektu, pisania długiego tekstu a potem obierania tego tekstu ze zbędnych słów, tak, jak obiera się z łusek cebulę. Nie pytała: co poeta miał na myśli, pytała co ty masz na myśli




Gabinet języka polskiego. Obok tablicy stała szafa z książkami i szafka zamykana na klucz. W szafce było coś, co lubiliśmy najbardziej - płyty. Stefania przynosiła nam do szkoły swoje prywatne płyty Demarczyk i Niemena. Ona, starsza wówczas Pani, spróbowała między przebojami przemycić „Bema pamięci żałobny rapsod” a my słuchaliśmy z wypiekami. Potem, na lekcjach, nikt nie miał z Norwidem kłopotu.




Monologi romantyczne – druga cudowna płyta, w cudownym wykonaniu Ignacego Gogolewskiego. Ten głos, zwłaszcza w dziewczęcych sercach, wywoływał leciutki dreszcz i nagle sprawą istotną życiowo stawał się dylemat – czy Kordian poczuł coś i wszedł na górę, czy też odwrotnie, wszedł i wtedy poczuł. Czy wyobrażacie sobie teraz młodzież która by sobie taki problem wymyśliła ?! A my zażarcie kłóciliśmy się po lekcjach, całe popołudnie, aż w końcu zapadł zmrok i chłopcy musieli Panią i nas do domu odprowadzić, bo ciemno się zrobiło …




W tych czasach gimnazjalistki dziko, acz platonicznie, kochały się w aktorach. Oczywiście taka miłość i mnie nie mogła ominąć. Pamiętam, na biurku postawiłam sobie fotografię, którą pracowicie wycięłam z "Ekranu" i jeszcze podkleiłam na tekturkę. Namiętnie, aaach, wzdychałam do tego zdjęcia, wkuwając teksty wieszczów. Pewnego razu odrabialiśmy lekcje i nagle Heniu nie wytrzymał:

- wyrzuć to paskudztwo !
- jakie paskudztwo ?! ani myślę !
- to co mam zrobić, żebyś wyrzuciła ?
- zjedz te stokrotki ...

Zjadł, cały bukiecik, który mi przyniósł ... rady nie było, z tryumfem zdjęcie (fotografia wyżej) podarł i wyrzucił do kosza. Eeech … ta nasza młodość.

Ale wracam do Stefanii. Bardzo ceniła gdy na klasówkach pisaliśmy o poetach, czy pisarzach, nie objętych programem, nawet ideologicznie niewskazanych. Czytaliśmy wtedy swoje wypracowania, na głos, Pani dopowiadała i dyskutowaliśmy. Lubiliśmy szczególnie, gdy dyskusja schodziła na wiersze miłosne, dość, jak na owe czasy śmiałe. Czekaliśmy na te lekcje. I na popołudniową zabawę w teatr też.

Nie zapomnę jak grałam panią de Calergis  w utworze Norwida "Beatrix". W pewnym momencie miałam koledze, znaczy Norwidowi, posłać hmm, uwodzicielskie spojrzenie, wziąć go namiętnie za rękę, a potem pogłaskać po twarzy. Noooo nie powiem, dochodziłam do tego głaskania i - stop !!! nie wychodziło mi za czorta, chociaż kolega Norwid diablo był przystojny. W końcu Stefania postanowiła mi pokazać, jak to się robi, ale też trochę była zażenowana i skończyło się ogólnym śmiechem. Pewnie się dziwiła, co ja taka nagle nieśmiała jestem. Cóż, Pani nie miała pojęcia, że w ławce obok siedział kolega Andrzejek, którego Amor, podobnie jak i mnie, strzałą celnie ugodził i ja w żaden sposób nie mogłam głaskać po buzi innego kolegi, choćby i samym Norwidem był ! Takie były czasy, dzisiaj to pewnie całkiem dziwne się wydaje.




Obok mnie, na zdjęciu, mój przystojny Kolega Norwid, którego wcześniej uwodziłam, a nawet (jednak) pogłaskałam po buzi. Heniu zasadził się, by moment głaskania uwiecznić. Nie udało się biedakowi, hi, hi, hi, perfidnie odwróciłam się w drugą stronę. Ale się Heniu zemścił - przykucnął i zrobił to zdjęcie z żabiej perspektywy. W takim skrócie wyglądam koszmarnie, ale pal sześć, innego nie mam. W tle nasz gabinet języka polskiego.





A tu oto, na moim młodszym braciszku, ćwiczę sceniczne uwodzenie. Koleżanka z aprobatą się nam przygląda, a fotografuje wiadomo - Heniu.


 *

PAN OD MATEMATYKI
STEFCIU

Zaimponował nam sposobem bycia, lekkim, ciętym, dowcipem i elegancją w każdym calu. To był taki prawdziwy rycerz w służbie Królowej Nauk. Nie muszę dodawać, że żeńska część szkoły patrzyła w niego, jak w obrazek.

Jak tylko Stefciu "nastał" w naszej klasie wprowadził swoje porządki. Zebrał nas do kupki i postawił nam pytanie - co zamierzacie ? kto z was chce tylko zdać maturę, a kto iść dalej, na studia ? Mieliśmy się dobrze zastanowić i dać mu za kilka dni odpowiedź . Klasa podzieliła się mniej więcej na połowę. Po decydującej rozmowie Pan oświadczył : w klasie są dwie tablice - ta od okna będzie dla uczniów do matury, ta od drzwi dla uczniów na studia. Jak patrzę wstecz, to sobie myślę, że dzięki tej decyzji jestem architektem.



gabinet matematyczny - tablica po naszej stronie
zdjęcie kiepskie, ale prawdziwe


To nie był taki sobie niewiele znaczący podział. Na jednej tablicy pojawiały się zupełnie inne zadania, niż na tej drugiej. Zadania na naszej tablicy rozwiązywaliśmy do momentu osiągnięcia "teoretycznego" wyniku, wtedy następowała  komenda - "siad ! reszta to banalne rachunki". Na drugiej tablicy oczywiście wartości liczbowe się podstawiało. W czasie lekcji, to pół biedy, ale w czasie klasówek !!! Pan postanowił wtłoczyć w nasze młode głowiny, że uczymy się nie dla stopnia, a dla siebie. Ech, my słyszeliśmy, że na piątkę to umie Pan Bóg, na czwórkę Pan Nauczyciel, a na trójeńkę my, jak się dobrze postaramy. Nooo fajnie, ale oni takich kryteriów nie mieli. To, co pojawiało się na ich tablicy było zgodne z programem i z tym, co w książce od matmy. To, co się pojawiało na naszej, to już była zupełnie inna broszka, daleko poza szkolny program.

Oczywiście w klasie pojawiły się natychmiast paradoksy, jeden uczeń za normalne zadanie, rozwiązane prawidłowo, dostawał lepszy stopień, niż inny uczeń za karkołomną matematyczną łamigłówkę, rozwiązaną z opuszczeniem drobiazgu po drodze. Gdy ktoś "do matury" zapomniał wpisać dziedziny, przy badaniu funkcji, to Pan obniżał trochę stopień, pouczał, że należy zawsze określać i dopiero w ostateczności słodkim głosem pytał - Iksińska, co to są za liczby ? cicho ... co to są za liczby? ... cicho (Iksińska nie wpadła na pomysł, że rzeczywiste) no, co to są za liczby Iksińska ??? siad ! dla ciebie wszystkie liczby są urojone !!! Z nami się tak nie patyczkował, jak zapomniałam o dziedzinie, to pomimo bardzo trudnego dowodu, prawidłowo przeprowadzonego - lufa !!! Dlaczego dwója ? przecież ja dobrze rozwiązałam. Dobrze ? a niby dla jakich to liczb dobrze ? może zespolonych, co ??? nnnie, wiadomo, że dla rzeczywistych. Komu wiadomo ? tobie Anna ? takie wiadomości, to psu na budę, dwója bez gadania. Tak to zapamiętywało się, na całe życie, że bez dziedziny D=R wszystko psu na budę i figa prawda. Tak to Pan od matematyki uczył nas precyzji. Oj,  ciężko nam się było przyzwyczaić, że stosował dwie różne skale, do oceny naszej wiedzy. Stopnie w naszej klasie były chyba najbardziej niesprawiedliwymi stopniami w szkole. Rady jednak nie było. Najgorzej mieliśmy z wytłumaczeniem tego rodzicom. Na szczęście w tych czasach, w takim przypadku, rodzice raczej nie wpadali do szkoły z dzikim krzykiem, że ich dzieci są psychicznie maltretowane, a kiedy dzieci słyszą - "otworzyć okna, orłów nie ma, nie wylecą " to są poniżane i szkoła wpędza je w kompleksy.  Pan Królową Nauk kochał. Różnymi sposobami do tej matematyki nas zachęcał. Kiedy Stefciu nadprogramowo zaczął wprowadzać nam całki i różniczki, a chłopaki jakoś tak nie za bardzo się przykładali, to w końcu im wypalił - no panowie, całka to w staropolskim języku dziewica, a wy do dziewic jak do jeża, nie wstyd wam? i co, wstyd było z tym jeżem, więc chłopaki się do całek zabrali ochoczo. Ja sobie na całe życie życie zapamiętałam jedną radę. Pewnego dnia Pan przystanął przy mojej ławce, popatrzył jak się nad zadaniem pastwię i powiedział: Anna - jak nie potrafisz prostą drogą, to przez krzaki, namęczysz się ale dojdziesz. I to jest moja maksyma w życiu zawodowym, zresztą nie tylko...


*

ŻEGNAJ SZKOŁO
WCHODZIMY W ŻYCIE



 przed nami egzaminy na studia.


Zdjęcie zrobił na pamiątkę Heniek. Stoję koło Wychowawcy i prawie mnie nie widać, za to dobrze widać Andrzeja z  lizakiem ode mnie. Lizakami pożegnałyśmy chłopaków, oni mieli dla nas kwiaty ... Rozpierzchliśmy się po świecie. Każde gdzie indziej. Czasem wpadamy na siebie - stateczne babcie i stateczni dziadkowie. Te same oczy, ten sam uśmiech, może nieco mniej włosów, może nieco więcej kilogramów ...

I tylko Andrzeja już nie ma ... i Henia już nie ma ...
i Pana od Matematyki ...

*

Co miało przetrwać, przetrwało po kres. 
Obydwaj chłopcy uśmiechają się do mnie z góry, a ja coś im tam opowiadam, jak za dawnych dobrych czasów ... 
Panie Profesorze - wyfrunęliśmy z pańskiej klasy, kochamy ciągle Królową Nauk, a co do orłów ... hmmmm


*

                          z przyjemnością polecam Malina M *                              
strona liiil   

sobota, 20 października 2018

CO ROBIĘ ?

MALTRETUJĘ KOŚCIÓŁ

a nie, nie, nic z tych rzeczy, żadnych takich, ja maltretuję kościół z małej litery, czyli budynek, czyli fachowo określając "obiekt sakralny"

Wierzcie mi - mam co maltretować, a ogrom maltretowania od początku mnie przerażał. Chyba jajo zniosę zanim to skończę. Kościół wyjątkowo piękny, pod wezwaniem mojej Patronki, a miasto bardzo przyjazne, chociaż dawna nazwa, nomen, omen - Frankenstain.



Kościół olbrzymi, w większości z cegły, w większości gotycki, chociaż neogotyku też, ku mojemu utrapieniu, niewąsko mu nasiało. Kapliczki, wieżyczki, sterczynki, koroneczki, kwiatuszki, ufffff ...

Projekt ambitny, bo renowacja elewacji, z wyłączeniem prezbiterium, które już wyremontowane. Zaczynałam od inwentaryzacji elewacji. Miałam dość dobre własne zdjęcia i trochę z historycznej strony, przydały mi się szczególnie te, zrobione bez skrótów perspektywicznych. Kolega brata obiecał zdjęcia zrobić dronem ale, przy moim dzikim szczęściu, dron mu się zepsuł, jak nie urok, to .... Tak więc musiałam poradzić sobie bez współczesnych zdobyczy techniki. Brat wymierzył mi bardzo dokładnie, co wymierzyć się dało, bo miernik laserowy do samego szczytu nie sięga, przynajmniej nasz miernik. Tutaj musiałam zaprząc geometrię i ... liczenie cegieł. Pojedyncze nic nie dadzą, nawet jeśli wiem jakie cegły i jaka zaprawa. Zbyt duży błąd. Braciszek wymierzył więc dokładnie duże próbki ceglane, tym sposobem interpolując wynik z pojedynczych cegieł i z wymierzonymi próbkami mozolnie dochodziłam do celu. Noooo, nie da się ukryć, mało przy tym dochodzeniu nie padłam.

.
Pierwsze próby - tragedia, czarna rozpacz ! Moje zdjęcia mają dość sporą rozdzielczość, napakowałam w rysunek ile się dało (tu widać tylko część). Auto-cad chodzi z prędkością światła i co chwilę regeneruje rysunek ... Ratunku ! Cierpliwości !!!


.
Już trochę lepiej - powoli, powoli dochodzę do określenia bryły. Cegły mi się mienią w oczach, więc sobie na zdjęciach oznaczam kolorem co dziesiątą warstwę (takie próbki mi braciszek wymierzył) łatwiej mi się tak liczy. Jak ustalę obrys, zabiorę się za wstawianie detali ...



.
Zaczynam od detali najprostszych. Dobrze mi to na samopoczucie robi :)  Zdjęcie w zasadzie bez skrótu, przeskalowane. Mała korekta z wymiarami zdjętymi na obiekcie i będzie ! Niestety, takich "żartów" niewiele, za to "schodów" !!! lepiej nie mówić.

A teraz, żeby tak czarno nie było, to przerywnik - nieco koloru i przy okazji ciekawostka, kto lubi niech poczyta sobie.



.
Cegła gotycka - prawdziwa, duża , porowata, ręcznie formowana. Obok, po lewej stronie, jej o kilka wieków starsza siostra - cegła neogotycka. Raczej na przyrodnie siostry wyglądają, różnice na dwa kilometry są widoczne. Kształt, wielkość, struktura, kolor, spoina.

A teraz proszę cegły, niech się nam cegła osobiście przedstawi ! 
OK -  to małe, widoczne w murze, to jest moja, czyli cegły, główka, to duże - wozówka. Mam jeszcze podstawę, ale że skromna jestem, to nie pokazuję ... o ! Możecie sobie, co najwyżej, moje wiązanie pooglądać.



.
Wiązaniem nazywany jest układ cegieł w murze. Właściwie to nawet częściej niż wiązanie, mówi się - wątek. Tutaj dobrze widoczny jest wątek gotycki. Układ cegieł - główka, wozówka, główka wozówka ... następny rząd tak samo, tylko naprzemiennie. Tworzy to dość charakterystyczny, ozdobny wzór. W literaturze takie wiązanie nazywane jest wątkiem gotyckim, polskim. Z bardziej znanych gotyckich jest jeszcze krzyżykowe, weneckie. Tam idzie rząd główek, rząd wozówek ale w co drugiej warstwie wozówek pojawia się główka i daje to ozdobne, zazębiające się krzyżyki. Wiązanie neogotyckie, choćby to widoczne z boku na poprzednim zdjęciu, jest prostym wiązaniem, rząd główek, rząd wozówek, rząd główek, rząd wozówek ...bez żadnego "weneckiego cudowania".




Jeszcze parę słów o prawdziwej gotyckiej spoinie. Specjalnie pokazałam tu fragment muru z wbudowaną płytą epitafijną. Płyta wyrzeźbiona jest w piaskowcu, widać że średniowieczna spoina jest zbliżona do niej kolorem. Nic dziwnego, wykonana przecież z wapna i piasku. Czasami ma jeszcze kurze białka. Białko to dobre i mocne spoiwo. Na zdjęciach widać ciekawą rzecz - charakterystyczną dla gotyckich spoin czarną kreskę przez środek - to nacięcie spoiny. Spoiny były wtedy bardzo szerokie, nacięcie w jakimś stopniu niwelowało skurcz materiału. Tylko gotyckie spoiny takie kreski mają, możemy wiec mieć pewność, że te widoczne są piętnastowieczne i nikt ich później nie "poprawiał".  Może i nam uda się ochronić. Istnieją na to dobre sposoby.

Wiem, przynudzam, ale bardzo lubię takie smaczki i ciekawostki, tego się akurat nie uczyłam na studiach, to poznawałam już potem, współpracując z historykami sztuki, albo przegryzając się przez ich badania.




.
Tak wyglądają załączniki graficzne do badań. To rozwarstwienie murów, czyli określenie ich wieku, taka metryka. Co ja bym bez tego zrobiła ?!

Kiedyś, dawno, dawno temu trafiło mi się współpracować przy projekcie z moim Profesorem od średniowiecza. Ale frajda ! Pan opracowywał część historyczną do naszego projektu rewaloryzacji kwartału urbanistycznego starego miasta. Pasjonat ! Oczywiście profesor, nie kwartał. Biegaliśmy z Nim po tych świdnickich, średniowiecznych piwnicach i loszkach, a On przekazywał nam swoją "wiedzę tajemną" Teraz z zamkniętymi oczami, dotykiem, potrafię rozpoznać średniowieczną spoinę. Nic dziwnego, że tu się nad tą spoiną rozpływam - zostało mi z tamtych lat.

A teraz - pa, pa gotyk !
Czas na "neo" - szaleństwo form  i ceglanych kształtów !


.
Koroneczki, kwiateczki, czapeczki, kształteczki i  ... dobrze widoczny styk starego z nowym. Ja tam to stare okrutnie kocham, ale rzecz gustu. Nowe do starego formą się odwołuje. Ten trójkątny szczyt to gotycka wimperga, kwiatuszki, to gotyckie żabki, inaczej nazywane czołgankami, okna ... no nie, stop ! nie zamęczę Was na amen.



.
Typowe dla neogotyku detale, na pęczki takich oglądamy w kościółkach, kościołach, katedrach, ale co innego oglądać i podziwiać, a co innego rysować. Tu podziw zastępuje czasem złość -  łuk w prostą, to wiadomo, ale elipsa w prostą, ustawioną skośnie, to już ojjjj ! o krzywej koszowej wolę nie mówić ...   Jedna krzywa w drugą płynnie przechodzić musi i nie ma zmiłuj, oszukaństwo natychmiast wylezie. A tu jeszcze ściany, gadziny, pod kątem ustawione i w skrócie te cudeńka rysować trzeba. Kwiatuszek pędzlem, to mały pikuś, ale w inżynierskim programie już z kwiatkiem nieco gorzej ... maltretować go trzeba.


 .
Tu znowu widać jak stare przenika się z nowym, no, prawie nowym. Pod koniec osiemnastego stulecia ten gotycki kościół przeszedł gruntowną renowację. To właśnie wtedy wielkie, gotyckie, ostrołuczne okna dostały nowy, neogotycki wystrój. Glify okienne pokryto tynkiem i pomalowano, obrzeża glifów wykończono "w ząbki" nową cegłą, a otwory wypełniono maswerkami z barwionych cegieł i witrażami.



Okna na rysunku prezentują się dość dobrze.

Dlaczego tak na fiołkowo ? Ano, chciałam pokazać jak pracuję. Kolorowe linie na czarnym tle auto-cada różnie się "świecą" różnie też, pomimo nadanych grubości, je widać. Do różnych celów różnych kolorów używam. Ten akurat, w przypadku tak dużego obiektu "zaświecił mi się" najlepiej i przy dużych kontrastach najmniej męczył oczy. To jest kolorek roboczy, oczywiście drukuje się na czarno.


.
Fruuu - inwentaryzacja gotowa ! pokonałam "gada" ! czas teraz na właściwe projektowanie.  Zaczynam od malowania plansz. Już sobie przygotowałam warstwy i kolory. Na razie pomalowałam tynki, kamień , cokół i pokrytą miedzią wieżyczkę. Mniej więcej wyszło tak:




Elewacja południowa, jeszcze bez cegły.




Elewacja północna jeszcze bez cegły, ale już z fakturą dachu



Cegła będzie pokazana umownie. Detale podmalowane na kolor cegły, ale bez kreskowania. Zakreskowałam tylko pokrywy przypór.




.
Pierwsza próba z samymi spoinami, w kolorze cegły. Fatalnie wyszło. Na ekranie to jeszcze, jeszcze, ale po wydrukowaniu wygląda jak sprane majtki :) raczej w takim obiekcie nie uchodzi.



.
Kolejna próba, tu niezbyt naturalna, ale na wydruku nieco lepsza. Wzór cegły tutaj, na czarnym tle, się świeci na białym przy drukowaniu rozmywa się. Stanowczo to nie jest to ! W końcu powierzchnię cegły zamalowałam kolorem. Spoinę nałożyłam na kolor czarną kreską. Tak już zostanie. Tak najlepiej prezentuje się na wydruku.

Niestety, nie da rady pokazać tu ostatecznych kolorowych elewacji, zbyt jest gęsty wzór czarną kreską, wszystko się zlewa. Cienkie linie w rzeczywistości są niczym mgiełka, mają grubość 0.05mm. Przy konwertowaniu do PDF, na tak małym obszarze, wydają się grube i zupełnie zniekształcają obraz. Szkoda, wydrukowane wyglądają całkiem nieźle.  Pokażę tu tylko fragmenty, niestety zniekształcone.

 

 *


.
Teraz już będzie z górki, bo wcześniej przegryzłam się przez materiały historyczne i dostępne badania odremontowanej części. Wiem czego chcę, a przynajmniej wydaje mi się, że wiem. Czy dobrze wiem okaże się przy uzgodnieniu projektu z Konserwatorem Zabytków. Do tego jednak droga jeszcze bardzo daleka. Tym razem nie przez męką, a przez "część opisową. Muszę dokładnie i precyzyjnie, z podaniem środków i materiałów i sposobu opisać jak konserwować rodzaje cegły, detale ceglane, detale kamienne i tynki.  Czym odsolić, czym wzmocnić, jak zabezpieczyć, czym uzupełnić ubytki, jakie spoiny zastosować, Ot choćby takie cudo:



.
Co z tym fantem zrobić na rysunku dokładnie nie pokażę, muszę opisać. Nie śmiejcie się - wyrwanie paprotki sprawy nie załatwia, pod paprotką niezły pasztet. Elewacja północna - mech, glony, sól, nieszczęsne kwiecie i łzy ! Do paprotki to ja jeszcze wystarczę, do glonów soli i wygryzionych zębów też, ale kiedy w murze pojawia się większa rysa, niby niewinna, ale niebezpiecznie pokazująca, że "inni szatani są tu czynni" do akcji musi wkroczyć mój Braciszek, to już konstrukcyjna działka. Oj tam, oj tam i tak konsultować ze mną musi, bo materia wyjątkowo delikatna i wzmacniając paradoksalnie można osłabić. Co dwie głowy, to nie jedna. Każde doświadczenie jest tu na wagę złota, upsss - na wagę historycznej cegły.


 Na koniec 2w1





.
Kto zgadnie co tam, zza smętnych murów kościoła, radośnie wyziera ?




Na jednym zdjęciu dwa "moje" zabytki - dawno temu maltretowana Krzywa Wieża i maltretowany teraz kościół. Koło siebie stoją.  I powiem Wam - wieża, chociaż słynna, do maltretowania dużo łatwiejsza była ... 

*


                          z przyjemnością polecam Malina M *                              
strona liiil