środa, 21 września 2016

CZARNA MAGIA





Czarne chmury, ciemne tumany, a ja, jak to dziecko we mgle ...
tak pomyślałam sobie, kiedy pierwszy raz przeczytałam opracowanie konserwatorskie. Dotyczyło rzeźby. Z obrazami było jeszcze gorzej ! Co czwarte zdanie mina , kompletnie nie wiedziałam o czym mowa. Terminy dla mnie jak z księżyca.

Ale czas płynął, czarna magia nabierała kolorów, mgła coraz częściej opadała, a na jej miejsce pojawiał się podziw. Podziw dla ludzi, którzy umysłem, sercem i rękami dokonują cudów. Bo dla mnie to jak cuda. No popatrzcie tylko sami. Niewiarygodne, a jednak prawdziwe !!! Zdjęcia oczywiście nie są moje, zeskanowałam je sobie z konserwatorskiego opracowania. Chciałam, żebyście się też zachwycili. Szkoda, żeby takie "dowody" tylko spały w szufladzie. Patrzymy na odrestaurowany obraz i niby nic takiego nie widzimy, obraz, jak obraz, ale tylko do chwili, gdy zobaczymy jaki był jeszcze do niedawna.


DROGA KRZYŻOWA



STACJA TRZECIA

Oglądałam ten obraz wiele razy, wisiał na ścianie kościoła i prawie tam straszył. Właściwie to nic już na nim widać nie było. Że to stacja Drogi Krzyżowej można było wydedukować tylko z tego, że wisi między innymi obrazami, mniej zniszczonymi, inaczej ciężko by było. Na zdjęciu, przy dodaniu kontrastu, jeszcze coś prześwituje, ale w naturze - mgła.

Dociekliwa jestem z natury, ale w tym przypadku z dociekania wyszło mi tylko niezbicie, że Poirot ze mnie żaden, nie mówiąc już o Pannie Marple. Patrzyłam na biedaka i zastanawiałam się: co takiego mu się przydarzyło? mniejsza o dziury, ale dlaczego biedak tak wyblakł ? dlaczego te kolory "zdechły" całkowicie ? przecież w kościele nie ma aż tak mocnego światła, przecież stare farby są trwałe ? Niestety, bez wiedzy dedukcja prowadzi na manowce. Nic mylniejszego, niż to, do czego doszłam. Kolory wcale nie "zdechły". Pokazały się w całej krasie po konserwacji.




Możliwe ???
Możliwe.

Zdjęcia wyżej robione są "in situ" czyli na miejscu, w kościele, tam gdzie obraz wisiał przed i wisi po konserwacji. A teraz pokażę zdjęcia, robione w pracowni konserwatorskiej, po wyjęciu obrazu z ramy. Żeby lepiej można było porównać wykadrowałam zdjęcia. To, co oglądamy to jest dokładnie ten sam fragment obrazu. Przed i po.



 *



Wystarczyło , że zaczęłam czytać opracowanie i od razu mi się rozjaśniło. Już wiedziałam, co biedakowi się przytrafiło. Mikroorganizmy !!! Farby nie padły, po prostu pokrył je biały nalot, w dodatku żywy. Pewnie dobrze tym organizmom było, skoro tak się mnożyły. Popatrzcie teraz na obraz przed konserwacją. Warstwa malarska jest tu zupełnie nieczytelna, w całości zasłonięta białawym nalotem mikroorganizmów. A jeszcze te rozdarcia i ubytki płótna podobrazia - koszmar !


KILKA SŁÓW O TYM
JAK KONSERWUJE SIĘ
OBRAZY 


No to ruszamy z pokazaniem żmudnego i skomplikowanego procesu konserwacji. Na początek małe wyjaśnienie - obraz nie ma, jak to sobie myślałam, przodu i tyłu. Hhmm - wiedziałam, że moneta, czy medal, ma awers i rewers, z tego opracowania dowiedziałam się, że obraz ma
LICO i ODWROCIE. Dowiedziałam się też, że jest warstwa malarska i podobrazie. Warto czasem cię czasem dowiedzieć. Po co ? no po to, żeby wiedzieć.


BADANIE

Najpierw konserwator, zajmujący się obrazem, wykonuje tak zwaną kwerendę, czyli poszukuje wszelkich możliwych danych, ze wszelkich możliwych źródeł i określa wszelkie możliwe do określenia rzeczy: wiek obrazu, autora, warsztat i na koniec koleje losu obrazu, od powstania to teraz. O naszym obrazie wiadomo z badań, że jest późnobarokowy, powstał w osiemnastym wieku, najprawdopodobniej w warsztacie śląskim. Nie jest wiadome w jakich okolicznościach pojawił się w kościele. Nie jest też znany autor. W przeszłości obraz był już konserwowany. Efektem tej konserwacji było powleczenie odwrocia warstwą minii.

Następnie wykonuje się dokładną inwentaryzację fotograficzną obrazu i ocenia jego stan techniczny. Ten obraz, jak widać, był w stanie tragicznym. Pokrywający go welon mikroorganizmów, zabrudzeń i zniszczony, „oślepły” werniks sprawiały, że malowidło było niewidoczne. Widoczne były za to zniszczenia warstw malarskich: przetarcia, ubytki, złuszczenia, przebarwienia i zaplamienia. Podziurawione, zdegradowane płótno nie pełniło już funkcji nośnej dla malowidła – rozrywało się pod własnym ciężarem, cała powierzchnia była pofalowana.

Potem następują badania stratygraficzne i chemiczne. Do badania pobiera się niewielkie próbki. W maleńkim skrawku obrazu niewiele widać gołym okiem. Grubość poszczególnych warstw malarskich mierzy się w dziesiątych i setnych częściach milimetra. Dlatego trzeba gagatki dać pod mikroskop. Dopiero w wielokrotnym powiększeniu można dokładnie poznać stratygrafię obrazu – czyli rozróżnić poszczególne warstwy malarskie. Dzięki temu możemy poznać materialną budowę obrazu. Nasz obraz ma kilka warstw technologicznych, tworzących dwie warstwy chronologiczne: 1* - oryginalną i 2* - wtórną.

Tak oto się te warstwy układają:
1*- Werniks nałożony w grubej warstwie
1*- Warstwa malarska oryginalna w technice olejnej, nakładana grubo
1*- Warstwa zaprawy oryginalna, podbarwiana na kolor brunatny
1*- Oryginalne płótno lniane. Grube, o gęstym splocie
2* - Warstwa minii (wtórna), nałożona na odwrocie

Potem to już do akcji przystępuje chemik i bada czym posługiwał się artysta, tworząc kolejne warstwy dzieła, co stosował do zagruntowania płótna, jakich farb używał do malowania, jakim werniksem zabezpieczył obraz przed niszczeniem. Niestety, nawet mikroskop niewiele czasami pomaga. W świetle widzialnym kolor jest, jaki jest. Nic tu się nie da wykombinować. W sukurs badającemu przychodzi więc technika, a dokładniej promienie UV. Okazuje się, że światło ultrafioletowe bardzo rozszerza zakres informacji o strukturze obrazu, nie tylko o warstwach malarskich, ale też o podkładach, klajstrach, werniksach. No i wszelkie utajone mikroorganizmy świecą się na pomarańczowo, jak wściekłe !


.
To jest właśnie fotografia wykonana w świetle UV. Widać tu jeszcze warstwę niedoczyszczonego werniksu. To stary werniks, w opracowaniu nazywa się go oślepłym werniksem.


PRACE WSTĘPNE

Pierwszą czynnością, którą wykonał przy tym obrazie konserwator, było zabezpieczenie wykruszeń warstwy malarskiej, wokół uszkodzeń płótna, przez podklejenie tak zwaną bibułką japońską. Potem nastąpił demontaż obrazów z ramiaków. Okazało się, że ramiaki niestety są wadliwe.


OCZYSZCZANIE

Kolejnym zabiegiem, który musi wykonać konserwator, jest czyszczenie obrazu. Trzeba było usunąć wszelkie zabrudzenia: kurz, tłuszcz, mikroorganizmy którymi pokryte jest malowidło. Oczywiście nie przy pomocy wody i mydła. Do tego jest cała gama środków chemicznych. Mieszaninę dobiera się do każdego dzieła indywidualnie. Inną do czyszczenia, inną do zdejmowania warstwy werniksu. Tu lico obrazu oczyszczone zostało z zabrudzeń, oślepłego werniksu i przemalowań za pomocą mieszaniny: etanol + aceton + octan etylu. Oczyszczanie przebiegało wieloetapowo, a powierzchnia była neutralizowana terpentyną. Trzeba było też jeszcze doczyszczać niektóre fragmenty innym, specjalistycznym preparatem. Jednocześnie z oczyszczaniem sklejano rozdarte płótno podobrazia.




Na zdjęciu usuwanie chemiczne mikroorganizmów i nalotów pleśni z powierzchni obrazu a przy okazji dezynfekcja. Fragment obrazu już pięknie odsłonięty. Na odwrocie obrazu, nie wiadomo dlaczego, znajdowała się minia i to gruba warstwa. Usuwanie tej warstwy za pomocą skalpela widać na pierwszym zdjęciu (na samej górze,w popielatej ramce).


PRASOWANIE, DUBLAŻ I KONSOLIDACJA

To zabiegi, którym poddawany jest oczyszczony obraz

dublaż - podklejanie
konsolidacja - scalania warstw, łuszczących się płatków farby

Te tajemnicze zabiegi przeprowadza się na tajemniczym próżniowym stole dublażowym. To specjalny stół, zbudowany ze stali kwasoodpornej. Stół ma wbudowane grzałki, bo procesy konserwatorskie wykonuje się w podwyższonej temperaturze. Substancje konsolidujące wprowadza się do obrazu pod zmniejszonym ciśnieniem, do tego służy pompa próżniowa. Nie zawsze konserwatorzy dzieł sztuki stosują takie same substancje, jakich używali dawni artyści. Czasem stosuje się taki historycznie uzasadniony dublaż na klajster (klej z wody i mąki). Jednak klajster nie zawsze jest możliwy, bo łatwo podlega atakom mikrobiologicznym. Przy zwiększonym zagrożeniu korzysta się więc z materiałów nowej generacji. W przypadku naszego obrazu wykonano dublaż na masę woskowo - żywiczną. Obraz układano na stole próżniowym, licem w dół. 



Fragment w trakcie konserwacji, po oczyszczeniu lica, sklejeniu rozdarć i uzupełnieniu ubytków płótna.


UZUPEŁNIANIE UBYTKÓW

Po impregnacji i prasowaniu obrazów na stole niskociśnieniowym można już uzupełnić ubytki zaprawy podbarwianym kitem emulsyjnym z dodatkiem pigmentów. Można też wkleić protezy płócienne i przystąpić do naprawy, oryginalnej substancji obrazu. Ubytki płócien na odwrociu uzupełnia się przez nałożenie warstwy masy papierowej, którą tworzy pulpa papierowa i odpowiednia zawiesina.


.
Obraz po oczyszczeniu, sklejeniu rozdarć i uzupełnieniu ubytków płótna.


KONSERWACJA ESTETYCZNA

Na koniec obrazy montuje się na prawidłowo wykonane blejtramy, nakłada werniks pośredni, uzupełnia warstwy malarskie odpowiednimi farbami olejnymi z domieszką terpentyny i werniksu. Trzeba tu mieć oko, rękę, wyjątkowe wyczucie koloru no i talent. Jeszcze tylko nałożenie ostatniej warstwy werniksu i ... koniec


FINIS CORONAT OPUS
MOŻEMY PODZIWIAĆ !


W całym tym procesie najbardziej tajemniczym określeniem była dla mnie: impregnacja na 3% klej króliczy. Przy najbliższej okazji dopytam konserwatora, co to zacz ten króliczy klej. I jeszcze dopytam co to oślepły werniks, już wolę nie dedukować. Jak się tego dowiem, to powiem.


NA KONIEC ZESTAWIŁAM:





.
Czarna magia ??? nie ! 
wiedza i talent.


*


                        z przyjemnością polecam Malina M *                          

strona liiil  

środa, 7 września 2016

ŻARTEM


O POWAŻNYCH SPRAWACH


zabytki z zasady, z natury rzeczy i z ustawy dzielą się na dwie kategorie : zabytki nieruchome i zabytki ruchome. Od konserwacji tych pierwszych po części jestem ja, te drugie wymagają już dużo większej wiedzy, talentu i doświadczenia w tej materii. I oczywiście odpowiedniego wykształcenia.




Co z takim nadgryzionym cudem zrobić ?
Na początek napisać mu program.


Co takiego robię z nadgryzionym gzymsem, tynkami, cegłami, kamiennym cokołem, obramieniami okien, portalami, sztukateriami ? Ano - piszę im programy konserwatorskie, opierając się na badaniach prawdziwych konserwatorów. To na tyle, bo już  rzeźby, obrazu, polichromii, fresków czy sgrafitta  nie dotykam !!! Gdzież bym tam śmiała !!! dopiero  by mi konserwator kota pogonił ! To już jest wyższa szkoła jazdy. Od tego są wykształceni specjaliści, czyli konserwatorzy dzieł sztuki.




Podziwiam ich talent i umiejętności, a gdzie mogę, tam wsadzam swój nos i podglądam ich pracę. Ciągle się uczę, a im więcej się uczę, tym bardziej zdaję sobie sprawę jak jeszcze mało w tej dziedzinie wiem. Architekt, z zasady i z natury rzeczy, jest od czegoś innego, zabytki to tylko maleńka cząstka jego pracy - ale za to cząstka jakże fascynująca i smakowita.

Dzisiaj chciałabym wam przybliżyć, jak wygląda taki mój program.
Ot, choćby najprostszy, czyli ujęte w punktach czynności :

1 - oczyszczenie z wierzchnich, wtórnych nawarstwień i zabrudzeń:
wodą, parą wodną, doczyszczanie dłutami i skalpelami
2 - odsolenie - czyli swobodna migracja (przepływ) soli do nasączonych okładów z  ligniny i pulpy celulozowej
3 - wzmocnienie - aplikacja odpowiedniego środka
4 - uzupełnienie ubytków: elementami o zbliżonej strukturze, flekami, kitami i masą restauratorską  powstał ze zmieszania żywicy z odpowiednio mielonymi pyłami kamiennymi czy ceglanymi)
5 - konsolidacja i wzmocnienie środkiem hydrofilnym - środek specjalistyczny (nie będę epatowała obcojęzycznymi nazwami)
6 - impregnacja i hydrofobizacja - inny środek specjalistyczny 
7 - zabezpieczenie - ewentualny dodatkowy środek specjalistyczny


Nudne techniczne określenia. Konia z rzędem temu, kto doczytał dalej niż drugi punkt. Ale już sam proces konserwacji taki całkiem nudny nie jest. A najciekawsze dzieje się potem, kiedy konserwator wciela program w rzeczywistość i dzieją się prawdziwe cuda.

Myślałam, myślałam, jak tu mniej technicznie ująć problem i w wyniku tego myślenia opracowałam sobie własny, obrazowy program konserwatorski, zgodnie ze sztuką, jaką sztuką?  no mniejsza o sztukę ...






.
JAK ODRESTAUROWAĆ TEŚCIOWĄ
choćby taką, jak ja (patrz fot. wyżej)


Za wzór posłużył mi prawdziwy program konserwacji piaskowca, jednego z najpiękniejszych i najszlachetniejszych kamieni. Może nie każdy to piękno dostrzega ale zapewniam, ono jest, najprawdziwsze z prawdziwych. Podobnie zresztą jak dobro teściowych (tu mówię całkiem serio).


PROGRAM

W celu restauracji naszego skarbu
postępujemy według poniższych punktów :

1 - oczyszczenie z wierzchnich, wtórnych nawarstwień i zabrudzeń :
delikatnie, ale stanowczo, odrzucamy wszelkie stereotypy: o starym rowerze, pudle, czy trzaskaniu drzwiami
nooo - już nasza teściowa trochę inaczej wygląda

2 - odsolenie :
tu problem dość skomplikowany, ale w skrócie powiem - odsuwamy z pola widzenia teściowej wszystkie czynniki, które mogą być solą w jej oku: śliczne koleżanki, przystojnych kolegów, kumpli od piweczka, czy psiapsiółki od ploteczek

3 - wzmocnienie :
najlepiej wzmocnimy teściową okazując bezprzykładną cześć i uwielbienie jej latorośli, tylko bez przesady z tym środkiem, aplikacja raz w tygodniu wystarczy

4 - uzupełnienie ubytków:
ubytek pozytywnych uczuć teściowej względem "naszej osoby" uzupełniamy podlizywaniem się na sposób klasyczny : nie szczędzimy miłych słówek, komplementów, zapewnień o naszym zachwycie na widok nowej fryzury, czy spezialite della meison, serwowanego nam przy okazji każdej wizyty

5 - konsolidacja i wzmocnienie środkiem hydrofilnym:
najlepszym środkiem hydrofilnym, przenikającym w głąb serca i mózgu naszej teściowej, jednocześnie konsolidującym jej uczucia z naszym poczuciem rzeczywistości, są nasze łzy i skruszona mina.

6 - impregnacja i hydrofobizacja
koniecznie musimy zaimpregnować naszą teściową na wszystkie prawdziwe i nieprawdziwe historie na nasz temat, opowiadane przez "życzliwych" środkiem dobrze impregnującym, a jednocześnie dodającym blasku podejrzliwym oczom naszej teściowej, jest cotygodniowa lampka wina wypita w jej towarzystwie, a jeszcze lepiej trzy lampki, specyfik ten podnosi wskaźnik optymizmu i eliminuje wszelkie "fobizacje"

7 - zabezpieczenie
tym razem my zabezpieczamy się przed zbytnim wpływem teściowej, każdy robi to w sposób indywidualny, dostosowany do własnej osobowości, oraz wytrzymałości psychicznej naszej teściowej, uważamy by nie przekroczyć stanów granicznych i dopuszczalnych naprężeń.

8 - odbiór końcowy
cmok w policzek, maślane oczy i wręczenie kwiatka wyżej wymienionej

      

element po konserwacji


Nasz skarb jest w pełni odrestaurowany
i cieszmy się nim bo to skarb prawdziwy
mówi to wam specjalistka, z przymrużeniem oka,
od konserwacji i restauracji i takich tam ...

*

Tyle żartem o zabytkach nieruchomych, o konserwacji ruchomych opowiem następnym razem, udało mi się podejrzeć bardzo ciekawą konserwatorską "robótkę"

* Bardziej "dociekliwym" zostawiam definicje zabytków:

ZABYTKI NIERUCHOME  - zabytkowe nieruchomości, ich części albo zespoły, czyli budynki, budowle i konstrukcje trwale powiązane z gruntem, ale też parki, układy urbanistyczne, krajobrazy kulturowe, miejsca upamiętnienia, czy zabytki archeologiczne. Tu dopowiem - nieruchome zabytki archeologiczne (stanowiska archeologiczne) to podziemne albo podwodne relikty, składające się z układu warstw ziemnych oraz powiązanych tymi warstwami  przedmiotów i innych śladów. Nieruchomy zabytek archeologiczny to takie miejsce, w którym wzajemny układ reliktów obecności człowieka niesie więcej informacji o przeszłości, niż sam relikt, bez kontekstu.

ZABYTKI RUCHOME -  rzeczy ruchome, przedmioty, części przedmiotów lub zespoły rzeczy ruchomych, do tego ruchome zabytki archeologiczne, czyli przedmioty i ruchome relikty, które są częścią nieruchomego zabytku archeologicznego obecnie lub były nimi w przeszłości, również przedmioty, które zostały usunięte z nawarstwień stanowiska przez erozję, orkę albo wykopaliska archeologiczne.


Zapraszam na ciąg dalszy,
który nastąpi wkrótce.


*


                        z przyjemnością polecam Malina M *                          


strona liiil  

czwartek, 25 sierpnia 2016

WPUSZCZONY W MALINY





czyli wywiad ze mną
A CO ?!


Wirtualna ze mnie małpa ? na to wychodzi, ale pomijając małpy opublikuję tu sobie wywiad, który swego czasu przeprowadził ze mną (tu aż pękam z dumy !!) nasz sympatyczny blogowy kolega Klaterek, czyli Art Klater, czyli Andrzej Skupiński, dziennikarz, aktor, satyryk. Literat  znakomity, literacką profesję, słowami Naruszewicza, tak oto malujący :

      "Ostatnie-to rzemiosło, co prócz sławy kęsa,
Nic nie daje autorom ni chleba, ni mięsa
      I żyć każe sposobem prawdziwie uczonem:
       Wodę łykać, a wiatrem żyć z chamaleonem."




.
warto tam bywać !

*


WYWIAD


Sądzę, że obecny tu Szanowny Komentariat da się wpuścić w maliny, tak jak to szczęśliwie zdarzyło się staremu Klaterowi. Zatem do adremu: 

1. Mój nick Art Klater to fonetyczny zapis angielskiego wyrażenia „art clutter”, co można przetłumaczyć jako „artystyczny rozgardiasz” Jaka jest geneza Twego – Malina M.?

Z moim nickiem sprawa nie jest tak prosta. Miałam aż trzy różne nicki. Pierwszy nick, jakim posługiwałam się na forach i blogach, to – "wstrętny liberał" .Taki prowokacyjnie przekorny nick. To były czasy, kiedy zaczynały wykluwać się terminy: "prawdziwy Polak", "prawdziwy katolik". A ja to niby kto?!

Pierwszy blog, na który w życiu trafiłam, to był blog Lecha Wałęsy, Nie miałam pojęcia na czym blogowanie polega, naciskałam linki osób, które tam mądrze komentowały i tak trafiłam na blogi Tomasza i Krystyny, jak się potem okazało, dwójki polonistów. To oni namówili mnie na założenie własnego bloga, zaprotestowali jednak stanowczo przeciwko wstrętnemu liberałowi, Tomasz nadał mi nick Miła Liberałka a Krystyna nick Biruta, z połączenia tych dwóch stworzyłam sobie nick Biruta M Liberałka i pod tym nickiem pisałam kilka lat.

Miałam blog w Onecie. To był taki trochę nietypowy blog, refleksje na temat życia pisane przez pryzmat historii fiołkowej świnki Violuni (emoticon) i świerszcza Waldemara.




Na tym blogu nie poruszałam tematów politycznych. Pewnego razu trafiła do mnie miła starsza Pani, starsza o kilka lat od mojej Mamy. Zaprzyjaźniłam się z Panią, bo mam sentyment do starszych ludzi. I pewnie do dziś byłabym Liberałką, gdyby Pani owa nie trafiła na polityczny blog mojej koleżanki. Wtedy zaczęła się jazda. Pani wyczytała tam, że lubię Premiera Tuska. Epitety na temat mojej inteligencji to mały pikuś, Pani zaczęła mi pisać, że ją obrażam takimi wpisami, że lubiąc premiera pluję ma jej przeszłość powstańczą , każda moja, nawet najdrobniejsza, wzmianka o PO doprowadzała Panią do pasji.

Przestraszyłam się. Nerwy w tym wieku to zabójca a czy ja nie mam dość własnych kłopotów, żeby brać na sumienie starszą osobę. Powoli przestałam pisać u siebie. Komentowania politycznego, na znajomych blogach, nie potrafiłam sobie jednak odmówić. Zmieniłam więc nick i zaczęłam świadomie robić błędy ortograficzne. Żeby trudniej było mnie rozpoznać wybrałam sobie najbardziej badziewiasty nick, jaki mi przyszedł do głowy czyli Malina a że Malin w blogosferze jak psów to dodałam sobie, do tego tortu, jeszcze dwie wisienki, czyli M i gwiazdkę - tak powstała Malina M*. Żeby uwiarygodnić postać po pewnym czasie stworzyłam nowy blog. Tytuł sam mi się narzucił - „w malinach” Blog miał być prowizorką. A że na świecie nic trwalszego od prowizorek to przyzwyczaiłam się i do nowego miejsca, i do nieszczęsnej Maliny . Po dłuższym czasie, jak już Pani zapomniała o moim istnieniu, przyznałam się wszystkim znajomym do mistyfikacji. Na blogach jestem więc teraz i Maliną i Hanią (to zdrobnienie od Anny, czyli od mojego prawdziwego imienia). Nawet, muszę przyznać, Malinę polubiłam.



 .
2. Wiele osób, niezależnie od wieku, stwierdza: polityka mnie nie interesuje. Jak ty ustawiasz się do polityki jako społecznej aktywności?

Polityka to jest coś, co mnie pasjonuje i wciąga już od dosyć dawna. Jestem, jak na kobietę, bardzo rozpolitykowana. Dyskutuję na forach i na fejsie, ale bezpośrednio nie biorę udziału w politycznej działalności. Uważam, że politykę musi się uprawiać z pasją, a co za tym idzie trzeba się jej poświęcić.

Mam ważniejsze pasje, mój zawód pochłania mi wiele czasu i zapału a na dodatek jestem bardzo przywiązana do życia rodzinnego, właściwie to ono jest dla mnie najważniejsze. Nie da się pogodzić trzech rzeczy. Pogodzenie dwóch jest już rzeczą trudną a nie chcę, będąc do wszystkiego, być do niczego. Moja polityczna działalność ogranicza się tylko do pisania na politycznym blogu krótkich satyrycznych tekstów, ilustrowanych politycznym fotomontażem .



.
Te fotomontaże to mój konik, przypadkowo, robiąc plakat, spróbowałam zmontować coś sobie. Teraz bawi mnie kombinowanie osób, miejsc i sytuacji i dobieranie do tego odpowiednich słów. Te moje polityczne fotomontaże, puszczone w wirtualny obieg, żyją swoim życiem. To mój wkład w politykę. Myślę, że żart i śmiech to mocna broń, zwłaszcza teraz, kiedy wszelkie granice słowne zostały przekroczone. Potwarz, obelga i oszczerstwo nie robią wrażenia, ale wyśmianie chyba jeszcze tak, myślę, że im delikatniejsze tym działa mocniej. Ale może się mylę.


3. Jakie są twoje ulubione beletrystyczne lektury?

Ma być zgodnie z prawdą więc odpowiem bez owijania w modne, bawełniane ciuszki : książki do których często wracam i o których myślę w najdziwniejszych sytuacjach życiowych to: „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Mały Książę”, "Trylogia" Henryka Sienkiewicza, to te dobrze znane, z mniej znanych to „Rapsodia Świdnicka” Władysława Jana Grabskiego i przejmująca powieść Denise Legrix, „Taka się urodziłam”. Do tej książki wracam w często, pomaga mi wziąć się w garść i bez marudzenia pójść do przodu. Uwielbiam też kryminały Agathy Christie i Joanny Chmielewskiej. A poza tym, to ja jestem pies na poezję. Mistrz Gałczyński z jednej strony a Roman Brandstaetter z drugiej. O całym środku nie powiem, bo opowieści nie skończę.




4. Czy Twoje wykształcenie i wykonywany zawód rozwijają bezpośrednio Twój niewątpliwy literacki talent?

Talent to zbyt wielkie słowo, prędzej zamiłowanie do pisania. Od małego uwielbiałam czytać, biegałam do biblioteki i znosiłam do domu, co się dało. Rodzice trochę studzili ten mój dziki zapał, bo oczy mam bardzo kiepskie … ale od czego spryt, latarka i kołdra.

W szkole nie wybrałam jednak klasy humanistycznej, poszłam do matematyczno-fizycznej, bo to matematyka była dla mnie królową nauk, zresztą jest do dzisiaj. Teoretycznie powinnam nabawić się rozdwojenia jaźni latając z kółka matematycznego, na kółko polonistyczne, zahaczając po drodze o scenę i szkolny kabaret. Chciałam zostać reżyserem teatralnym ale doszłam do wniosku, że z czym do gościa, szans nie mam. Jedynym zawodem, jaki wtedy, według mnie, łączył przedmiot humanistyczny ze ścisłym, czyli polski z matematyką, to była architektura, a że rysować i fantazjować lubiłam od dziecka to zostałam architektem. Potem jeszcze trafiła się okazja urywania z pracy, kosztem wyjazdów na uczelnię, więc dorobiłam sobie podyplomowe studium z konserwacji zabytków.




Zafascynowanie architekturą, a zwłaszcza zabytkami, przyszło dopiero kilka lat po studiach, kiedy zaczęłam samodzielnie projektować. Czy ten zawód rozwija moje zamiłowanie do pisania ? TAK - po trzykroć TAK.. Po pierwsze zabytki, zwłaszcza obcowanie ze z ludźmi, którzy konserwacją się zajmują. To zwykle pasjonaci o ogromnej wiedzy. Wyobraźcie sobie jak, współpracując ze swoim dawnym profesorem, chodzę po gotyckich piwnicach a on opowiada, opowiada, opowiada pięknym językiem. Dotykam wilgotnej, wapiennej zaprawy i widzę to, o czym mówi. Widzę ręce, które wyrabiają wielkie gotyckie, porowate cegły, widzę dłuto, które delikatnie wchodzi w kamień.



.
Architekci często myślą obrazami a potem te obrazy opisują, z czasem coraz łatwiej dobrać słowa a wtedy „odpowiednie dać rzeczy słowo” sprawia przyjemność. Kiedy pracuję nad obiektem zabytkowym zaczynam od źródeł, czyli od historii. W archiwach, u Konserwatora Zabytków, można trafić na perełki. Po drodze wyczytuję więc i odnajduję niewiarygodne materiały, które aż proszą się o opisanie. Tak sobie czasem myślę, że taka, na przykład, mumia kota, umieszczona w suficie, nad łożem pani hrabiny, godna jest opisania. Czasem myślę sobie, że tyle ciekawych rzeczy w czasie projektowania odkryło się w zabytkach, że warto komuś o tym opowiedzieć, szkoda, żeby tak w niebyt pofrunęło. Warto zainteresować ale do tego nie wystarczy zwykłe podanie faktu więc staram się wprowadzić trochę humoru. Żeby ożywić nudne wywody , muszę też kombinować określenia, którymi da się obrazowo zastąpić określenia fachowe, usiłuję, za pomocą słów, obrazek techniczny, wektorowy, zamienić w plastyczną fotografię. Czasem może się udaje. To by było po pierwsze. Po drugie, to oprócz ratowania zabytków, tworzę projekty nowych, własnych obiektów, a przy tych projektach nie tylko rysuję i liczę, również piszę i to sporo. Opis techniczny liczy zwykle dwadzieścia do trzydziestu stron. Jest pisany językiem suchym, technicznym, bardzo precyzyjnym, ale jedna strona opisu jest odmienna. Jeden z punktów nosi tytuł „opis rozwiązania projektowego” przekładając na normalny język – „co poeta miał na myśli” W tym punkcie to muszę rozwinąć wszystkie swoje umiejętności pisania, żeby przekonać do rozwiązania, muszę często karkołomne słowne figury wyczyniać, żeby pogodzić rzeczy teoretycznie nie do pogodzenia, muszę tak opisać swoje „dzieło” by konserwator zabytków nie dostał zawału, pożarnik nie miał ochoty mnie zamordować a inspektor sanitarny, na wstępie, nie wyrzucił projektu do kosza i żeby wszyscy jakoś dali się przekonać do wzajemnych ustępstw.



.
Uwierzcie – takie słowne lawirowanie i kombinowanie rozwija zmysł „pisarski” i z czasem „lanie wody” staje się coraz łatwiejsze. I jeszcze coś – mój zawód wymaga umiejętności sprzedania własnych koncepcji, bez tego nie da się w tym zawodzie istnieć. Pomijam przetargi, ale konkursu bez słownego roztaczania własnych wizji wygrać się nie da, innymi słowy bez „wprawek literackich” cieniutko by było.




.
I wreszcie po trzecie – mój zawód wymaga umiejętności fotografowania. Robiąc zdjęcia techniczne czasem łapię w obiektywie jakiś moment, który mnie zachwyci , potem mój zachwyt ubieram w słowa. Ja jestem wzrokowcem często myślę obrazami, moje notki zwykle są komentarzem do fotografii, rzadziej zdjęcia bywają ilustracją tekstu.


5. Czym jest dla Ciebie blogowanie (np. pasją,, odmianą życia towarzyskiego, po prostu zabawą itp.) i czego oczekujesz od swych komentatorów?

Blogowanie to, z jednej strony, odskocznia od pracy i codzienności, przeniesienie w inny świat. Kiedy tak sobie popracuję nad opisem technicznym do projektu, jak w głowie zalęgną się dziesiątki terminów technicznych, jak zmęczy mnie uważanie na każde słowo i oglądanie go dziesięć razy, ze wszystkich stron, to mam ochotę wejść na blog i fruuuuuuu - odfrunąć w abstrakcję albo napisać wierszyk o pijanym płocie, albo zamyślić się nad poetyckim zdjęciem.

Z drugiej strony - blog to świat, w którym spotykam przyjaciół, takie dopełnienie przyjaźni z realnego świata. Cieszy mnie poznawanie ciekawych ludzi, zaglądanie do ich świata przez dziurkę od klucza. Czasem przyjaźń idzie dalej i sobie pomagamy. To jasna strona wirtualnego świata.



wirtualnie wiruję z Tomkiem


Poza tym – lubię zabawę słowem. Lubię też opowiadać o swojej pasji i do świata zabytków przyciągać, najbardziej opornych i najmniej do staroci przekonanych.

A czego oczekuję od odwiedzających? Że się uśmiechną, kiedy piszę żartem, że przystaną na moment nad refleksją i podzielą się swoją myślą, że napiszą, co myślą o tematach kontrowersyjnych, pokłócą się ze mną, nawet, że mi nawtykają od naiwnych pensjonarek ale nie przejdą obojętnie. Jeśli to, co piszę jest obojętne to jaki sens pisania? Nie oczekuję, w żadnym wypadku, potakiwania ani zgadzania się. Świat jest ciekawy jak oglądamy z lotu ptaka i z żabiej perspektywy. Jest jeszcze ciekawszy kiedy te perspektywy się nakładają, wtedy patrzenie wprost staje się chyba i łatwiejsze i bardziej prawdziwe. Nie obrażam się za krytykę chociaż, przyznaję, jak lwica walczę o swoje. Nie wzruszają mnie wyznania typu „ty POwska mendo, żebyś zdechła” ale dotykają drwiny z wiary. Chociaż czasami jadę po bandzie, zwłaszcza w polityce, to nigdy nie robię pewnych rzeczy – nie drwię z wiary, nadziei i miłości ani z braku wiary, braku nadziei czy braku miłości.

.




Dziękuję Klaterku



*


                        z przyjemnością polecam Malina M *                          


strona liiil  

piątek, 19 sierpnia 2016

Z OSTATNIEJ CHWILI


???




AUTOPORTRET
bez pierogów








.
z której strony by nie patrzeć
nie zdążę


*


                        z przyjemnością polecam Malina M *                          



ZNOWU NIE ZDĄŻYŁAM
ZNOWU PRZEGAPIŁAM

wczoraj Danuśki, blogowej Przyjaciółki urodziny były


DANUŚKA !
malinowo i sercowo


 .
 dla Ciebie malinowy kwiat



 .
żyj nam Danuśka sto lat !




.
Sierpniowa Trzynastko - Ewciu Ozonko
dla Ciebie malinowe słonko !


*


                      życzą Mamusia Danusia i Hania - Malina M *                 
  a kto chce, niech dołączy "sie"






piątek, 12 sierpnia 2016

O ŻESZ TY


!!!


.
weźże, siedźże spokojnie !
jeszcze chwileczkę – pstryk !!!
fruuuu i uleciało ...


.
ale znowu siadło
i nawet ustawiło się profilem – pstryk !!!
kosmate jakieś, takie, to szczęście.


.
O motyla noga ! ależ jesteś piękne na tej koniczynie !
a może to nie koniczyna ? chwilo trwaj – pstryk !!!
fruuuu i uleciało ...



.
Tylko nie kwiatek ! tylko nie biały kwiatek !!! no i rozmyło się.
Trzy szczęścia prawie chwyciłam za nogi, ale fruuuu i uleciały ...
Czwartego szczęścia poszukałam przy samej ziemi.



.
Kto znajdzie czterolistną koniczynkę – jest jego !
Ale uprasza się nie deptać szczęścia.




CzasamI tak krótko trwa …
na mgnienie obiektywu


*


                        z przyjemnością polecam Malina M *                          


strona liiil  .