piątek, 10 czerwca 2016

ZACZAROWANA GÓRA


DOKTORA BREHMERA

Miał Tomasz Mann swoją Zaczarowaną Górę - Der Zauberberg.
Miał doktor Brehmer swoją Zaczarowaną Górę - Der Görbersdorf.




Kto dzisiaj wie, że sanatorium w niewielkim, dolnośląskim Sokołowsku, to pierwsze na świecie sanatorium przeciwgruźlicze ? Kto dzisiaj wie, że jest ono pierwowzorem szwajcarskiego Davos ??! Sanatorium to wybudował, w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, słynny podówczas przyrodnik i doktor nauk medycznych, Hermann Brehmer. Stworzył tam swój magiczny, kuracyjny park dużo wcześniej, niż Hans Kastorp zaczął przemierzać ścieżki Zaczarowanej Góry.

Hermann Brehmer urodził się w 1826 roku niedaleko Strzelina.  Był synem, jak to się wówczas mówiło, oficjalisty. Uczęszczał do szkół we Wrocławiu, tam też rozpoczął studia matematyczne i przyrodnicze na Uniwersytecie. Pochłaniała go wtedy astronomią i botaniką. Nadeszła Wiosna Ludów, a z nią wydarzenia, w które młody student zaangażował się bez reszty. Niestety, w konsekwencji tego zaangażowania, Hermanowi przyszło opuścić Wrocław. Trzeba było się ukrywać. Podobno ukrył się w Sudetach, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, siostrę hrabiny Marii von Colomb. Powrotu do Wrocławia nie miał, przeniósł się więc do Berlina i tam zaczął studiować medycynę. Ten okres szczególnie wpłynął na życie młodego Brehmera. Spotkał wówczas słynnego podróżnika i przyrodnika Aleksandra Humbolta. TEGO Humbolta. Długo pozostawał Brehmer pod przemożnym wpływem podróżnika. Aż wreszcie, za namową nadwornego lekarza króla Fryderyka Wilhelma IV, Brehmer zdecydował się otworzyć przewód doktorski, jego tematem była „Tuberkuloze” - gruźlica.


.
W tym czasie siostra  żony Brehmera, hrabina Maria von Colomb, prowadziła w niewielkiej miejscowości Goerbersdorf, położonej malowniczo u stóp Gór Suchych, własny zakład hydroterapeutyczny. Kto nie zna to wyjaśniam - Góry Suche to część pasma Gór Kamiennych w Sudetach. Przez cztery lata doktor z Hrabiną prowadzili zakład wspólnie. Niestety z tego założenia nic się nie zachowało.

W roku 1859 nasz doktor uzyskał od rządu pruskiego koncesję na prowadzenie według własnej metody zakładu leczniczego dla chorych na płuca. Wkrótce po uzyskaniu koncesji przejął posiadłość i przystąpił z wielką energią do rozbudowy owego zakładu. Prawdę mówiąc wzniósł od nowa swój własny – z rozmachem i geniuszem lekarza i budowniczego.




.
Widok sanatorium - rycina z 1878 roku.
Pierwszy od lewej budynek już nie istnieje, cała reszta dotrwała do dzisiaj.



.
Panorama sanatorium - rycina z 1880 roku.



.
I jeszcze trochę ikonografii - sanatorium na starej pocztówce


 
Rok 1915 - właśnie przybyła po zdrowie nowa partia kuracjuszy. 




Doktor Herman Brehmer



ZACZAROWANA 
GÓRA 


Najpierw sam zaplanował uzdrowiskowy park  i wprowadził w nim podział terenu na części przeznaczone dla lekko i ciężko chorych. Układ parku został tak wytyczony, aby chorzy mogli pokonywać zróżnicowane wysokości terenu. W tym celu obok promenad zostały specjalnie dobrane miejsca odpoczynku. Tak oto wówczas rozpisywano się o tym założeniu: 

"Tak jak cały proces leczenia jest całkowicie kontrolowany przez lekarzy, tak park pozwala w pełni kontrolować chorego. Park został tak pomyślany, aby nie było żadnego zbędnego bicia serca czy zadyszki. Według specjalistów żaden park w Europie nie był tak doskonale zaprojektowany."



.
Tak oto park wyglądał w roku 1899. Poniżej - 20 lat później.



.
W parku ustawione były pawilony sanatoryjne. Teren przeznaczony dla najciężej chorych znajdował się w pobliżu budynków kuracyjnych. Stanowić miał on namiastkę lasu. Teren przecinały alejki, pomiędzy którymi rosły kępy drzew iglastych, osłaniające ławki przed słońcem i wiatrem. W tej części parku znajdował się, założony na planie czwórliścia, staw z fontanną, A w fontannie, jak w bajce, pływały sobie złote rybki.






.
Pozostała część parku, przez który do dziś wije się mnóstwo strumyków, pięła się stromo po górach. Powierzchnia całego założenia obejmowała ponad 70 hektarów, wzdłuż wszystkich ocienionych i osłoniętych od wiatru alei rozstawiono 420 ławek i 200 krzeseł. Sporo, nie da się ukryć.
Do planowania obiektów kuracyjnych doktor Brehmer sprowadził z Francji znanego architekta Edwina Opplera. W roku 1862, według jego projektu, wzniesiono tak zwany „StaryKurhaus”.




Niestety, Stary Kurhaus (widoczny na pierwszym planie) nie dotrwał do dzisiaj, popadał w ruinę i ostatecznie w latach siedemdziesiątych poprzedniego stulecia został rozebrany. Do czasu, kiedy zajęłam się projektem istniał jeszcze niewielki fragment - drewniana weranda, pełniąca rolę starego ogrodu zimowego i ośmiokątny westybul, nakryty kopułą, poprzedzony otwartym gankiem.






.
Tak oto prezentowały się wtedy szczątki owej werandy i westybulu.

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku dr Brehmer przystąpił do  rozbudowy Starego Kurhausu. Od strony wspomnianego westybulu i werandy dobudowano wówczas czworokątna, trzykondygnacyjną wieża, ze spiralną klatką schodową, w okrągłej wieżyczce, dostawionej w narożu (widoczne na zdjęciu niżej). Jedną z kondygnacji wieży zajmował wtedy gabinet dr Brehmera. Do części wieżowej dobudowana została parterowa czytelnia i dwukondygnacjowy dom własny Doktora. Domu Doktora nie widać bo po pierwsze jest w głębi, za czytelnią a po drugie, to już prawie go nie ma.







.
Czytelnia to te pierwsze cztery wielkie okna. W pomieszczeniu czytelni, podczas miesięcy zimowych, ustawiano scenę, na której występowały zespoły teatralne, sprowadzane z pobliskich miejscowości. Natomiast wiosną i latem w czytelni odbywały się koncerty orkiestry wałbrzyskiej. Wszystko dla komfortu i szybszego zdrowienia kuracjuszy



 .
Tak oto prezentowało się wnętrze Czytelni.



.
A tak wygląda zachowany do dzisiaj piękny kasetonowy sufit i żeliwne kolumienki. Dobre i to, da się odtworzyć tamten klimat i tamto wnętrze
Gorzej z domem. Dom Doktora uległ prawie całkowitemu zniszczeniu.






.
Na zdjęciu widoczne pozostałości domu od strony ogrodu. Smutkiem zionie na kilometr. Tu dopiero miałam problem projektowy, przyszło mi odtwarzać dom z zachowanych szczątków i zachowanych materiałów ikonograficznych. Dałam radę, ale ufff - ciężko było


.
Na rysunku, dla ułatwienia, zaznaczyłam co, gdzie jest
Zostawiamy Czytelnię i Dom Doktora i przechodzimy dalej...





.
Do czytelni, od strony zachodniej (w prawo) dobudowany został tak zwany łącznik, mieszczący w parterze nowy ogród zimowy dla kuracjuszy. Taras nad ogrodem zimowym zabudowano ażurową konstrukcją drewnianą, nakrytą dachem. Mieścił się tam prywatny ogród zimowy Brehmera. Zwróćcie uwagę na drobny szczegół - kolor stolarki konstrukcyjnych elementów ogrodu. Seledynowy kolor, dobrze zachowany do dzisiaj, pięknie harmonizował z seledynowymi kształtkami ceglanymi, użytymi do zdobienia ceglanych elewacji.




.
Tak wnętrze ogrodu kuracjuszy wyglądało w czasach Doktora.



.
A tak wtedy, gdy oglądaliśmy je po raz pierwszy. Demolka robi rażenie.
Szczęście tylko licho tu majstrowało, nie znalazł się żaden ulepszacz świata, co by to stare nowym, lepszym i "ładniejszym" zastąpił. To co mamy daje pełen obraz tego co było i to daje nadzieję



DRUGI ETAP - 1875


.
Budowa kolejnej i zarazem największej części głównego budynku sanatorium została rozpoczęta w 1875 roku. Nowy budynek sanatoryjny składał się z korpusu mieszkalnego, z mansardą, ujętego od zachodu dostawionym poprzecznie skrzydłem mieszczącym główną kładce schodową; od wschodu skrzydłem mieszkalno-zabiegowym.




.
Główna klatka schodowa, flankowana dwiema cylindrycznymi wieżami.











.
W prawo od klatki schodowej zaczyna się skrzydło mieszkalno-zabiegowe. Jakieś dwanaście lat temu pożar strawił całe mieszkalne poddasze i dach. Spłonął też wtedy jeden z hełmów wieżowych. Koszmarne zniszczenia , tym większe, że przyczyniają się do destrukcji niższych kondygnacji. Jeśli ktoś ciekaw jest jak wygląda projekt odtworzenia więźby dachowej, na tej części obiektu, to zapraszam do dawnego wpisu, poniżej link:



 .
Teraz kila słów o funkcjonalnym rozwiązaniu.  Wnętrza sanatorium charakteryzowały się szerokimi, wygodnymi korytarzami pośrodku i pięknymi apartamentami. Ogrzewane przez ciepłe powietrze apartamenty, były doskonale wietrzone. Ich wyposażenie, nawet w drobiazgach, dopasowano do stylu budowli.



.
Był tu nawet bardzo nowoczesny, jak na ówczesne czasy, gabinet rentgenowski. Sama nie wiem, czy patrząc na to zdjęcie mam odczuwać strach, czy może podziw ?




Proszę bardzo - my na tropie gabinetu ... 
nad wejściem do pomieszczenia słabo widoczny napis Rentgen


Niedługo po ukończeniu właściciel zakładu wprowadził w całym sanatorium klimatyzację, która zapewniała w lecie stalą temperaturę nie przekraczającą 16 stopni Celsjusza i dokonywała pięciokrotnej wymiany powietrza w pomieszczeniach w ciągu godziny. W roku 1882 przebudowano wnętrza całego zakładu modernizując urządzenia higieniczne. Po tej dacie nie już żadne większe prace budowlane. Wyobraźcie sobie, że dla gości zakładu leczniczego doktora Brehmera przygotowano aż 303 pokoje ! Oczywiście nie tylko  w obu kurhausach, ale też w należących do zakładu willach, a nawet w położonych w pobliżu sanatorium pensjonatach.


Jak wygląda sanatorium gdy popatrzymy z góry ?
Przygotowałam schematyczny rysunek:



.
Na rysunku pokazana jest istniejąca część obiektu, nie zaznaczyłam Starego Kurchausu, który znajdował się na lewo od westybulu. Jak widać zespół budowli sanatorium powstawał stopniowo, w ciągu kilkunastu lat. Projektowany przez wybitnego architekta prezentuje cała paletę zróżnicowanych odmian neogotyku - głównie francuskiego. Charakterystyczna asymetria i brak osiowości stanowią zaprzeczenie neogotyku wyrastającego z berlińskiej szkoły i na terenie Dolnego Śląska stanowią w tym czasie ewenement.

Wkrótce po założeniu zakład Brehmera stał się niezwykle popularny w całej Europie, o czym świadczą liczne przewodniki po Görbersdorfie, wydawane poza - Niemcami - także w Budapeszcie, Zurichu, Paryżu, Wiedniu, Warszawie i Petersburgu.

Po wojnie miejscowość Görbersdorf zmieniła nazwę.  Nowa nazwa - Sokołowsko, była hołdem dla głównego asystenta doktora Brehmera - Alfreda Sokołowskiego, Doktora Honoris Causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, twórcy Towarzystwa Przeciwgruźliczego.




Doktor Albert Sokołowski


Niestety, po wojnie polska „Zaczarowana Góra” podzieliła los wielu naszych zabytków. Dopiero w ostatnich latach trafili się właściciele, którzy z sercem i zapałem przystąpili do odbudowy. Odbudowa trwa, etapami oczywiście. Powoli poszczególne fragmenty zostają przekazywane do użytkowania. Inwestor zdecydował się też na odbudowanie Starego Kurhausu. Na moim rysunku Kurhausu nie widać, będzie się znajdował "w dolnym, lewym narożniku rysunku" czyli na lewo od westybulu. Ogłoszono konkurs na projekt, ale nie zdecydowaliśmy się startować, akurat sporo mieliśmy innych projektów, zresztą stare sanatorium to i tak bardzo smakowity kąsek, niech i inni trochę posmakują.

Po odbudowie, a właściwie to już teraz, w Zaczarowanej Górze Brehmera mieści się Międzynarodowe Laboratorium Kultury *In Situ*

To jeden z ciekawszych projektów nad którym przyszło mi pracować. Opowiadałam już o tym, a pewnie jeszcze nie raz i nie dwa dopowiem. Teraz tylko trochę zdjęć "projektowych" czyli obiekt i my in situ, czyli na obiekcie. Zdjęcia z części najstarszej pokazałam wyżej, Tu część nowsza, czyli skrzydło kuracyjno - zabiegowe.



Spojrzenie Braciszka - konstruktora bezcenne !
czy można się dziwić, że minę ma nieszczególną ?


 
Spojrzenie architekta
jakby nieco bardziej romantyczne

 


Spoglądanie przez takie okna
ma w sobie coś niezwykłego.




Można się zapatrzeć i zauroczenie murowane.


.
Z okna "byłej" lukarny rozciąga się piękny widok na zieleń parkową. Przy oknie buja sobie, tak zwana, zieleń ruinalna. Po rozmiarach samosiejek widać, że buja sobie od bardzo dawna.




Kto łaził po tych schodach, ten łaził. Ja dostałam kategoryczny zakaz i przy okazji dobrą radę, żebym z obiektywem w strefę zagrożenia nie lazła, od tego są mężczyźni. Właściwie, trudno mi się było z tym nie zgodzić ... jednak co rycerze, to rycerze, nie ważne w pałacu czy w ruinach.




.
Co ma wisieć z pewnością nie utonie, ale czy na głowę nie spadnie, to już takie pewne do końca nie jest. W każdym razie, jak dotąd, nikomu z nas jeszcze nie spadło.


.
Przynajmniej pod nogami stabilny grunt. A tak swoją drogą, mech, jako wypełnienie stropu, to by było ciekawe rozwiązanie. Poniekąd właściwości głuszące mech ma rewelacyjne. To ironia dzika była.



.
Zabezpieczone !!! 
A że strzeżonego Pan Bóg strzeże, 
to Anioł Stróż wielce tu pożądany.




Na taką ścianę, to by się przydało co najmniej
pięć solidnych aniołów i to z solidnymi linami.




Oddziaływanie elementów poziomych i pionowych 
to układ statyczny, ale czy aby stateczny ?




Mam wątpliwości, czy to zielone, co wyłazi ze stropu,
to akurat jest nadzieja.


Należę jednak do ludzi, którzy szukają nadziei, nawet wbrew nadziei. Bez tego moja praca nie miałaby sensu, a ja sama nie miałabym czego w zabytkach szukać. Żeby ratując uratować trzeba pójść na całość, jeśli kogoś na to nie stać, lepiej odpuścić sobie i ustąpić miejsca innym. Trzeba mieć wiarę i wiarą w zycięstwo  innych zarażać.

Wierzę, że jeśli wielu osobom zależy, to i górę da się podnieść ...
nawet Zaczarowaną.


*


                        z przyjemnością polecam Malina M *                          

strona liiil  

poniedziałek, 6 czerwca 2016

WESPÓŁ W ZESPÓŁ


OBA DWA
MÓJ BRACISZEK I JA  
 i nasze wspólne, cudowne, dzieciństwo. 


Trochę hultajska z nas była dwójeczka.
Ręka w rękę, gdy trzeba było coś zmalować. Dwie domowe, chodzące niewinności. Co złego to nie my! A skąd !!! kwiatek sam spadł z parapetu trzeciego piętra, prosto na tulipany sąsiadki, mamci majtki też całkiem przypadkowo sfrunęły na ogródek sąsiada, talerzyk, ze ślubnego serwisu, sam się stłukł a sąsiadce z parteru język krasnoludki pokazały.
My - nieeee !!! a skąd ! gdzież tam, takie dwa geniusze !




Ale od początku. Był piękny, wiosenny, niedzielny ranek. Wcześniej nic nie zapowiadało mojego przyjścia na świat, bo jeszcze dobre, długie, trzy tygodnie były przede mną. Niestety, niedziele to mają do siebie, że przed niedzielami bywają soboty. A w sobotę moja bojowa Mamcia postanowiła wypastować wszystkie podłogi w domu. Jak postanowiła, tak też uczyniła i dodatkowo jeszcze wyfroterowała te podłogi, jeżdżąc na ... specjalnych szczotkach. Niedzielny poranek zaskoczył więc moją Mamusię. Urodziłam się romantycznie, o poranku, w ostatnim dniu wiosny. Tak, tak, niedługo znowu mam urodziny, nieuchronnie zmierzam do piątej młodości. A żeby jeszcze romantyczniej było, to urodziłam się w czepku. Moje przyjście na ten świat powitał tubalny śmiech lekarza. Cóż – wyglądałam, hmm, nieco pokracznie. Ważyłam tylko 2.60 ale za to mierzyłam aż 60cm długości. Ale pająk ! dłuuugie nogi, dłuuugie stopy, długie ręce i na dokładkę do tego wszystkiego długiego mała, chuda, odrobina.




Czasy były wtedy ciężkie, wyprawkę dostawało się z pracy, z przydziału. Tatuś przyniósł więc do domu tetrę na pieluchy i żółtą flanelę na kaftaniki. Akurat żółta wtedy była w sprzedaży. Babcia poszyła mi piękne, żółte kaftaniki ale pech chciał, że na świat przyszłam z żółtaczką. No cud moi przynieśli do domu – chudy żółty pająk w żółtym kaftaniku. Cioteczka, co akurat w odwiedziny do nas przybyła, stwierdziła, że tak brzydkiego dziecka, to jak żyje nie widziała. Dałam popalić swojej rodzince, oj dałam. Przez pierwsze miesiące całymi nocami ryczałam tak niemiłosiernie, że trzeba mnie było bez przerwy nosić na rękach. Danusia padała, noszenie padło więc na Antosia. Wtedy mój Tatuś wpadł na genialny pomysł. Wkładał mnie na noc do wózka. Do wózka przywiązał sznurek, drugi koniec sznurka przywiązywał do dużego palca u nogi. Jak rozpoczynałam wycie to Tatuś za pomocą sznurka przyciągał wózek a potem nogą go odpychał i tak do znudzenia, czyli do mojego uciszenia. Sąsiedzi odetchnęli, bo stukot kół, w porównaniu z moimi koncertami, to był mały pikuś. Co roku Rodzice prowadzili mnie do fotografa. Sadzali na krzesełko i kazali patrzeć, gdzie pofrunął ptaszek.




Ptaszka nie widziałam, za to ze strachu robiłam koszmarnego zeza ... Dzieckiem byłam wyjątkowo strachliwym. Gwizd parowozu sprawiał, że rzucałam się na peron i dostawałam ataku histerii, podobnie było gdy zobaczyłam wąsy mojego Dziadzia, no tragedia ! Tak było do czasu, gdy urodził się mój Braciszek. O dziwo zamiast zespołu zazdrości przeżyłam zespół miłości i od razu przyjęłam braciszka.  Trzeba go było nawet przed przejawami mojej miłości chronić. Duża już byłam, ale jak mi nie dali wózka do wożenia to ponoć ryczałam jak syrena. Tylko do tego zdjęcia, wyjątkowo, pozwoliłam kuzynce Wituszka powozić. Przekupili mnie, jak widać, książeczka do nabożeństwa.




Braciszek był zaprzeczeniem mnie, urodził się grubiutki, okrąglutki no i wesolutki. Wynagrodził rodzinie wszystkie nieprzespane noce. Byliśmy zgodnym rodzeństwem, ale wojny na poduszki nie były nam obce. Ba, prowadziliśmy znacznie poważniejsze w konsekwencjach wojenki. Krótko mówiąc, tłukliśmy się czasem jak jasny gwint. W dzieciństwie to ja byłam prowodyrem, ale zanim się obejrzałam przywództwo objął Braciszek. I tak zostało nam aż do lat młodzieńczych.




Faaajnie było.

Bawiliśmy się na podwórku w podchody, graliśmy w palanta, w dwa ognie a nawet w cymbergaja. Jak było zimno to w domu, na tapczanie, robiliśmy sobie wigwam ze starego koca i krzeseł. Wokół tapczanu była puszcza i wyły wilki, a nasz wigwam niby na drzewie był rozbity. Przynosiliśmy na to drzewo zapasy żywności: chleb z masłem i z cukrem, a przede wszystkim nasz najważniejszy, dziecięcy przysmaku - zaprażkę. Zaprażką nazywa się w naszym domu zasmażkę. Wrzucaliśmy na patelnię kawał masła, trochę mąki i duuużo cukru. A potem mocny ogień !!! ... Gotowe było jak całkiem zbrązowiało. Pachniało jak w niebie, albo jak w cukierni. W wigwamie spożywaliśmy te rarytasy i, ma się rozumieć, koniecznie przed obiadem musieliśmy spożyć. Na tapczanowym drzewie planowaliśmy różne takie wyprawy wojenne a nasi żołnierze to były pionki od chińczyka. Graliśmy też w bierki i w karty. Wiadomo, po kryjomu wyciągaliśmy te dorosłe karty i wtedy kanasta, makao, tysiąc i wojna odchodziły, aż miło ! Nigdy nie byłam królewną, jeśli już, to byłam dzielnym Zorro, w kapeluszu i z kapą na plecach. Ech - te nasze szpady z kija do wędki. Że nie wydłubaliśmy sobie oczu, to cud.




.
Pecha mieliśmy po równo
Ja byłam pierwsza więc wszelkie rodzicielskie eksperymenty odbywały się na mnie, to ja ze strachu, że mam czwórę z królowej nauk musiałam "naobkoło" domu latać. Braciszkowi lżej było, on już nie musiał. Za to musiał nosić po mnie różne rzeczy, od sweterków zaczynając, na rajtuzach kończąc. Oj, cierpiał biedaczek. Ale za to później, kiedy oboje chodziliśmy do ogólniaka i kiedy modne były dzieci kwiaty, sam pożyczał ode mnie, a to kwiecistą bluzkę, a to kolorową kamizelkę. Spodni nie wymienialiśmy, bo nie pasowały, tym razem ja cierpiałam, bo nosiłam zwykła "szariki" a Wituś dostał levisy. Katana od braciszkowych spodni była dla mnie jak ulał, to sobie pożyczałam na randki.




.
Zdjęcie z ogólniaka, ja w ostatniej klasie, braciszek w pierwszej. Mam tu straszną fryzurę, długie, cienkie, koszmarne włosięta. Normalnie zawijałam włosy w ślimaki wokół uszu, jak pensjonarka, ale na szkolną imprezę to sobie rozpuściłam. Braciszek też długie włosy nosił. I moją kamizelkę. Lubiłam jego klasę, wśród "dzieciaków" mogłam czuć się ważna. Nie myślcie tylko, ze tak chodziliśmy do szkoły. Ooo, co to, to nie ! granatowe mundurki grzeczniutko się wtedy nosiło. Zdjęcie zrobione zostało na szkolnych Andrzejkach, każda klasa bawiła się u siebie, na korytarzach odbywała się wymiana międzyklasowa ...




A to zdjęcie u nas w domu, w dużym pokoju. 

Tak całkiem bajkowo to jednak nam nie było. Oprócz zabaw i lekcji mieliśmy konkretne obowiązki. Braciszek codziennie latał "do Juli" czyli do sklepu. Mały chłopczyk z wielkim dzbankiem na mleko, tak go do dzisiaj znajomi wspominają. Nie było lekko, musiał też obierać ziemniaki. Ja latałam do piekarni po chleb, musiałam też zmywać naczynia. Nie tylko zmywarek nie było ale ciepłej wody w kranie też. Mycie skomplikowane było. Pływające tłuszcze przyklejały się do ścian szaflika ... brrrr. Oj nie zapomnę jak braciszek chciał na podwórko to koledzy rządkiem siadali i obierali ziemniaczki, aż miło. Sprzątanie i podłogi to różnie nam przypadało. W zależności od okoliczności i od tego, co i kiedy które z nas zmalowało. Kiedyś nabałaganiliśmy niewąsko i za karę mieliśmy umyć podłogę w przedpokoju i w naszym pokoju. Rodzice poszli a my dalej się kłócić kto myje większe. W rezultacie Braciszek zamknął się w pokoju a ja koniecznie chciałam tam wejść. Ja ciągnęłam drzwi, braciszek trzymał, ale jak znienacka puścił to sruuuuuu – poleciałam z drzwiami, drzwi trzasnęły z impetem we framugę i szyba z hukiem wyleciała. Niestety tak pechowo, że zahaczyła o moją rękę i wyrwała kawałek ciała . Nooo – to się wystraszyliśmy !!! ręka na moment zrobiła się biała a potem to już fontanna, jak w rzeźni. Szczęściem na parterze lekarz mieszkał. Popędziłam co sił a przestraszony braciszek szorował schody, żeby ślady przestępstwa zmyć. Oj, – oberwało się nam !!! Nie przyznaliśmy się, jak było naprawdę, a w zamian za piękną historię, sprzedaną Rodzicom, Braciszek mył za mnie podłogi przez dwa miesiące. Do dzisiaj mam bliznę na prawej dłoni. Kiedyś miała kształt litery V ale po 20 latach coś zaczęło się dziać, wylądowałam na onkologii z 90 procentowym rokowaniem na złośliwy nowotwór. Dziękować Bogu wynik brzmiał - ciało obce i komórki typu ciała obcego. Ech – drobinka szkła została, 20 lat siedziała sobie, drażniła aż w końcu coś zaczęło "wypuszcza korzonki" między palce i ścięgna. Mistrz, nad mistrzami, mnie operował, w trakcie operacji musiałam ruszać palcami i uratował mi rękę. Takie to czasem bywają efekty zbyt krewkich wojenek.




Brata mam najlepszego na świecie. To jest ktoś, do kogo mam absolutne zaufanie i za kogo dałaby sobie obciąć rękę. W dorosłym życiu oczywiście żadnych takich tam bitew, ani podjazdowych wojenek, nie prowadzimy. Prowadzimy za to razem firmę. Od 35 lat. I wyjątkowo dobrze nam się razem pracuje. Tu zdjęcie z uroczystości wręczania nagród. Z dumą oboje pozujemy do fotografii. Widać po naszych minach, że zgoda buduje. Wespół, w zespół, oba, dwa, mój braciszek i ja. Obok nas stoi jeszcze wspólnik. Ale to temat na zupełnie inne opowiadanie.

Pewnie pojawi się na moim nowym blogu
ale o tym jeszcze ciiiii

*


                        z przyjemnością polecam Malina M *                          

strona liiil