niedziela, 14 października 2018

ZŁOTOOKI JESIENNY

***

Czekał aż nadejdzie. Patrzył w słońce, mrużył te swoje złote ślepia. Liczył cętki na zielonej trawie. Miał dosyć, bo ptaki zbyt wysoko fruwały, motyle zbyt były radosne, a słońce rozleniwiało ...




.
W końcu przyszła. Lekka, zwiewna, niczym ruda kotka. Przeciągnęła się sennie, przyczaiła do skoku i nagle roztoczyła te swoje czary.




.
Przystanął zdziwiony. Ptaki odleciały, motyle usnęły. Na trawie rozsypała liście, rozwiesiła sznury korali: zielonych, i czerwonych, i ciemnych, jak wino. Nie lubił korali. Z pajęczyn utkała siatkę i wplotła ją we włosy, niczym wenecka mieszczka. To nie krople rosy, to perełki. A włosy miała złote, rude i miedziane. Roześmiała się. Była piękna ! Złotooki Jesienny przystanął na chwilę, na ułamek słonecznego promienia ...



.
A potem poszedł sobie,
hen… hen … za mgłę.




.
Zawołała. Wrócił. Stoi  i patrzy wielkimi, złotymi ślepiami. A pod stopami liście. Liść  czerwony, liść zdziwiony. Nic, tylko liście ! Czerwone, zielone, rude, złote i białe, świetliste, kapiące słońcem. Cudownie wilgotne i żywe. Radosne, albo zamyślone. Z nadzieją, albo z wiedzą o przemijaniu.




.
Zmierzcha. Mój Szklanooki traci kontakt z rzeczywistością. 
Pierwsza młodość, druga młodość, trzecia młodość ... ech, złoty śmiech!
Złotooki Jesienny jeszcze wróci ...

*

                          z przyjemnością polecam Malina M *                              
strona liiil   

środa, 12 września 2018

PSTRYK !

I ZATRZYMANE ...



To jest Olusi Babusia



a to jest Olusia


komu dać kapelusik ???


noooo - Babusi !!! 


*


                          z przyjemnością polecam Malina M *                              
strona liiil   

poniedziałek, 3 września 2018

JAK NIE UROK, TO

DO SZKOŁY POD GÓRKĘ


Szukałam sobie wczoraj ikonografii do projektu, weszłam na przydatną historycznie stronę i ... i całkiem przypadkowo "nadepnęłam " na zdjęcia z mojego miasta i z moich czasów ... noooo ...





CZĘŚĆ PIERWSZA
PODSTAWÓWKA

Przesadziłam ! jeśli o górkę chodzi, to do szkoły pod górkę nigdy nie miałam, za to miałam przez most, lepszy niż niejedna górka - taki mostek, mosteczek ... jak w piosence.



Nigdy nie był zielony, za to "uginał się" więcej niż nieco.



.
ba, powiem nawet - ugiął się, pod naporem wody.

Zanim się jednak ugiął przemaszerowałam po nim, pierwszy raz w życiu, do szkoły. Najpierw z rodzicami, a potem, po tygodniu, sama. Znaczy nie tak całkiem sama, bo z Rysiem z parteru, moim pierwszym, szkolnym, hm "narzeczonym" Oboje codziennie maszerowaliśmy po moście, uzbrojeni w "techturowe" tornistry i wyszywane worki z papuciami. Ja miałam worek w muchomorki, a Rysiu z rybkami. Maszerować mieliśmy prosto do szkoły, ale po prawej stronie mostu była nasza pokusa. Z zasady wiadomo, że najlepszym sposobem na pokusę jest jej ulec. Często więc zbaczaliśmy z prostej drogi, tuż za mostem skręcaliśmy w prawo, zaraz potem z górki na pazurki i szuuuuu - prosto pod tamę ! Tak się wtedy mówiło - tama, ale na prawdę to był drewniany jaz.



.
Na tamę to ja nigdy w życiu nie odważyłam się wejść, Rysiu też się nie odważył. Nasze miejsce było pod tamą, dokładnie tu, gdzie zdjęcie. Na zdjęciu oczywiście nie my (zdjęcie z netu) ale tak właśnie wtedy mogliśmy wyglądać, z jednym wyjątkiem, ja byłam dużo wyższa od Rysia, zresztą byłam najwyższa z pierwszo, a nawet drugoklasistów, co było moim wiecznym zmartwieniem. Ciągle ktoś mnie pytał - dziecko, czy ty jesteś z przerostów? wrrrr , jak ja nienawidziłam tego słowa !

W tym miejscu zbierałam swoje skarby, czyli kolorowe rzeczne kamyki. Piękne otoczaki, czasem pasiaste, czasem kropkowane, a czasem gładkie, za to o niezwykłym kolorze. Wysychały, traciły swój urok, ale smarowałam masłem i znowu lśniły. Lubiłam sobie wymyślać bajkowe historie o każdym z kamyków. Miały swoje imiona. W tamtych czasach takie mieliśmy zabawki. Na lalki rodziców nie było stać. Miałam w życiu tylko jedną, dwa misie i pluszowego pieska, z odzysku, bo brat nie chciał.

Most przetrwał moje maszerowanie do szkoły. Ugiął się i padł później.


.
Wybudowali nowy, jak się dumnie mówiło żelbetonowy. Ale to było już wtedy, gdy mostem do szkoły chodzić nie musiałam.

Ale wróćmy do początku historii. Nasze drogi powrotne ze szkoły też były baaardzo interesujące. Znowu pokusy czyhały na nas po prawej stronie mostu (poprzednia lewa). Przed mostem było fantastyczne miejsce, gdzie wiosną  rosły fiołki. Eeech, narzeczonego Rysia to ja i owszem, miałam, ale fiołki zbierać musiałam sobie sama. Rysiu zbierał dla swojej mamy, zresztą tak samo, jak ja dla swojej. Druga pokusa była zaraz za mostem. Skręcaliśmy w prawo, zaraz potem z górki na pazurki i szuuuuu - prosto do tunelu. W domu słyszałam - żeby ci przypadkiem nie przyszło do głowy schodzić gdzie tunel ! No , mnie nie przyszło, przyszło Rysiowi, nie moja wina. Ale fajnie było w tunelu, echo niosło nasze dzikie okrzyki, można było skakać przez płytką wodę, że się czasem w wodę ciapnęło, co tam, pobiegaliśmy po trawie i zanim wróciliśmy do domu wyschło. Jak dzisiaj myślę, co tym tunelem płynęło, to mi się zimno robi. To ścieki ze szpitala. Oj, więcej mieliśmy szczęścia, niż rozumu !.




Bardzo przeżywałam pójście do szkoły. Nie mogłam się już doczekać, kiedy w końcu będę duża i ważna, dostanę prawdziwy tornister, nowe kredki, blok i pióro ze stalówką, i kałamarz, i jeszcze coś najważniejszego dostanę - prawdziwą tarczę z numerem 13.

Rodzice opowiadali mi wcześniej o nowej szkole, wiedziałam, że będzie to tysiąclatka. W swoim naiwnym rozumku dziecka wyobrażałam sobie stare gmaszysko, wielkie i tajemnicze, zupełnie jak zamczysko z bajki ... Aaaale się zdziwiłam pierwszego dnia ! Do tej tysiąclatki chodziłam cztery lata, potem, niedaleko, wybudowali następną tysiąclatkę, poszłam więc do tej nowiutkiej. Była tak blisko mojego domu, że gdyby mi pozwolili, to bym w papciach do szkoły chodziła.



.
Moja klasa to te zaznaczone okna. Szczęśliwy okres w życiu, pierwsze przyjaźnie "na zawsze" które potem okazały się przyjaźniami aż po kres. Była z nas nierozłączna trójeczka, trzy szkolne kujony Andrzej, Heniu i ja. Każdemu z nas przypięłam do kołnierzyka pomarańczowy kwadracik.



.
Moja klasa, moja Pani, moje koleżanki i moi koledzy. Moje szczęśliwe dzieciństwo. Potajemne listy wysyłane klasową pocztą na lekcji - Heniu, masz bułkę? i ta bułka z kiełbasą, wędrująca na lekcji przez pół klasy, a potem zjadana pod ławką. Ja tam miałam zwykle chleb z masłem i z cukrem, albo chleb ze smalcem, heniowa kiełbasa bardzo mi smakowała. Heniu był jedynakiem, zawsze miał śniadanie co najmniej trzyosobowe, jak zapomnieliśmy swojego zawsze do Henia można było, jak w dym. Razem w szkole, razem na podwórku, często razem odrabialiśmy lekcje w domu któregoś z nas. Mieszkaliśmy na sąsiednich ulicach, rodziny się znały, takie czasy ... pod tym względem fajne czasy. Z tych czasów utkwiła mi w pamięci lekcja polskiego. Hanka - idź do łazienki i napij się wody ! może ci przejdzie ?! rozkazała mi Pani od polskiego, kiedy dostałam na lekcji najprawdziwszego ataku śmiechu. Nie uwierzycie co mnie do tego doprowadziło. Do dzisiaj pamiętam czytaliśmy lekturę Brandysa w opowiadaniu wystąpił osioł o dźwięcznym imieniu Scizor. Ten nieszczęsny Scizor doprowadził mnie to takiego stanu wesołości, że przestać w żaden sposób nie mogłam, skończyło się w szkolnej ubikacji, dopiero zimna woda pomogła. 

Do dzisiaj pamiętam też jak któregoś dnia przyszłam z zajęć chóru i zaczęłam sobie podśpiewywać - " Niech żyje złączony, jednością narodu, z jej woli zrodzony Sowieeeecki Sojuz, la, la la, Chwa-ła-a ci ojczyzno, ty zie-emia swobody, ludu przyjaźni ostoja i straż sztan-da-ar ra-adziecki, sztan ... tu Dziadziu nie wytrzymał :

- a co ty śpiewasz Zazulciu ?
- no, piosenkę z chóru śpiewam sobie
- to wiesz co, zaśpiewajmy razem, ale co innego, zaraz cię nauczę ...

Tak to nauczyłam się "w szkole" Marszu Pierwszej Brygady" i śpiewam go sobie do dzisiaj, nawet dosyć często ...

*

Stąd, z naszej podstawówki rozpoczął się nasz marsz w dorosłość, najpierw do ogólniaka. Oczywiście razem, oczywiście do matematycznej klasy. Oczywiście znowu nie było pod górkę. Ogólniak mieliśmy naprzeciwko podstawówki, po drugiej stronie ulicy, można było na przerwie do domu. Miało to z jednej strony plusy dodatnie, ale plusy ujemne też były - w żadnym wypadku nie dało się tłumaczyć braku zadania: zapomniałam zeszytu ... upss, mogło paść polecenie - to biegnij po zeszyt i bolesne przypomnienie mogło niechcący nastąpić w piętnaście minut ... ale o tym w drugiej części, czyli -


CDN ...  

*

                          z przyjemnością polecam Malina M *                              
strona liiil   

wtorek, 28 sierpnia 2018

UŚMIECH NR 54

CZYLI GŁUPAWY




jak określa moja Mamcia - "na karpia"

Głupawy uśmiech, to jeszcze nic, głupawa sytuacje - to dopiero coś !!!
Najgłupsza zdarzyła mi się na policji, dawno temu. Tak nawiasem mówiąc dwa razy w życiu byłam przesłuchiwana, raz durnie wyszłam ja, drugi raz trochę, że tak powiem "dziwnie" wyszła policja.

Ten pierwszy raz :

Było to dawno, dawno temu, nie miałam jeszcze komputera, projekty rysowałam na desce kreślarskiej. Siedzę ja sobie, rysuję, jest druga w nocy, naraz czuję dziwny zapach, eeee - ktoś pewnie pod oknem tankuje samochód ... za chwilę - o, coś się pali, czy co ?! Biegnę do kuchni - nic, wracam do pokoju, a tu spod drzwi dym się wydobywa, otwieram - pali się pod moimi drzwiami, palą się obite boazerią drzwi sąsiadki ! Walę w drzwi sąsiadki, narobiłam wrzasku, sąsiadka się obudziła, zdążyła złapać wiadro z wodą, już paliła się boazeria w jej przedpokoju. Do mnie ogień tylko pod drzwi dotarł. Jakoś się uspokoiło, wróciłam do projektu. Po kilku dniach dostaję wezwanie na prokuraturę, pewnie sąsiadka złożyła zawiadomienie. Miły pan (chyba)prokurator wypytuje mnie o życie prywatne, zwłaszcza o moich ewentualnych wrogów, w pewnej chwili zaczyna zadawać bardziej rutynowe pytania :

- co pani robiła tego, a tego dnia, o godzinie drugiej w nocy?
- projekt robiłam
- a jak zauważyła pani pożar ?
- wrzeszczałam i pukałam do sąsiadki
- gasiła pani ogień ?
- tak, no ma się rozumieć ! (oburzam się)
- czym pani gasiła ?
- cisza
- czym pani gasiła ?
- cisza
- czym pani gasiła ?
- filiżanką ....

Tu zapadła dłuższa cisza ... w końcu ja wysiliłam się na uśmiech nr 54, a pan (chyba)prokurator, z dziwną miną, oświadczył, że w zasadzie, to moje oświadczenie nic do śledztwa nie wnosi i w zasadzie, w zeznaniach on może to pominąć ... Szarmancki mężczyzna, obciachu na całe miasto nie chciał mi robić, ale pewnie sobie w duchu pomyślał - słodka idiotka :) albo kompletna idiotka. Do wyboru ...

A ja straciłam głowę i serio z tą filiżanką. Drzwi na korytarz są u mnie przy drzwiach do łazienki. Na umywalce stała filiżanka, moczyły się w niej zaschnięte końcówki piórek kreślarskich. Filiżanka to było pierwsze, co mi wpadło do ręki po zobaczeniu płomieni ... no co ?! wiadro było w kuchni, szkoda mi było cennego czasu ...

Po czasie wyjaśniło się wszystko, otóż nade mną mieszkał ojciec z córką, siedemnastolatką, mama niedawno zmarła. Do córki zanęcił się, jak by to moje cioteczki określiły "absztyfikant" . Dziewczę młode, niewinne, ojciec za nic ręki córki obiecać nie chciał. Zrozpaczony absztyfikant postanowił więc się zemścić. Deczko nadużył alkoholu, po czym zabrał kanisterek z benzyną i postanowił spalić mieszkanie niedoszłego teścia. A że domofony wtedy jeszcze działały bez zarzutu i drzwi do klatki schodowej były zamknięte, to postanowił dostać się przez piwnicę. Światła na wszelki wypadek nie świecił. Niestety, z powodu wcześniejszego nadużywania kapkę mu się popierwiastkowało i źle obliczył - zapomniał, że idzie z piwnicy i pokonując dwie kondygnacje myślał, że jest na drugim piętrze, pod drzwiami wybranki, a w rzeczywistości znajdował się na pierwszym piętrze,  pod moimi ... Takim to sposobem nieszczęsny Romeo, zamiast na Julii, zemścił się na mnie. Miała spłonąć Julia, spłonęłam ja, tyle, że ze wstydu. Wyszłam przed tym miłym (chyba)prokuratorem na koszmarną kretynkę ... Jak ja to lubię !

Ten drugi raz :

Było to w czasach, gdy komputery dopiero wchodziły do użytku, a już w prywatnym biurze były ogromnym luksusem, wręcz awangardą. Mieliśmy dwa PC-ty, składaki, bardziej do ćwiczeń niż do pracy nam służyły. W końcu zdecydowaliśmy się wziąć kredyt inwestycyjny i kupić komputer z prawdziwego zdarzenia i autoryzowany legalny program Auto-CAD. Koszmarnie był wtedy drogi taki program, działał wyłącznie z kością, czyli kluczem, wkładanym do komputera, a zainstalować program przyjechał do nas przedstawiciel Autodesku. Przez pół Polski się targał. Byliśmy straszliwie dumni i nawet zapisaliśmy się na Politechnikę, na kurs komputerowy. Tak za długo to się nie nacieszyliśmy. Pewnej nocy ktoś, od strony podwórza, przepiłował kraty, włamał się i ukradł nowy komputer, oczywiście z programem i kluczem. Przyjechała policja, zrobiło się straszne zamieszanie. Policjanci zaczęli nas przesłuchiwać, mnie jeden taki zaczął wypytywać o ceny. Jak usłyszał ile komputer kosztuje, to się lekko zdziwił, jak mu powiedziałam, że w komputerze był klucz do programu, wart mniej więcej tyle, co sześć komputerów, to się zdziwił ciężko. A potem zażądał ode mnie dokładnych wyjaśnień, co zacz to ten klucz. Jak powiedziałam, że taka kość niewiele mu to dało, więc wytłumaczyłam po kobiecemu, że to taki mały dinks , takie coś, mniej więcej jak wtyczka do żelazka. 

- No coś takiego !!!! zdziwił się. I takie g**no tyle kosztuje ?!!!! 

Nooo, nie da się ukryć błysnął ! 

To jeszcze nie był koniec "zaproszono" nas na komendę, pobrać odciski palców. Jednego dnia pracownicy na drugi dzień my. Poszłam tam ze wspólnikiem. Grzecznie usiedliśmy za biurkiem, wsadziliśmy paluchy do czarnej mazi, potem odcisnęliśmy na papierze, a potem pan policjant dał nam służbowy ręczniczek i pozwolił umyć ręce. Chyba zbyt energicznie się zerwaliśmy z krzeseł, bo nagle rozległo się takie przeraźliwe iiiiiiiii... i otworzyła się szafa, stara, pamiętająca głęboki socjalizm szafa. Z szafy wytoczyła się nadpalona farelka i jeszcze jakieś rupiecie. Tym razem to pan policjant zrobił uśmiech numer 54 (głupawy), a potem wyjaśnił - proszę państwa, tu przechowujemy dowody rzeczowe .... Noooo - marnie widzę odnalezienie naszego komputera, szepnęłam jadowicie, jak tylko opuściliśmy pokój przesłuchań. Chyba ze mnie czarownica - jak przewidziałam, tak się stało. Komputer się nie znalazł, za to nasze odciski znalazły się w kartotece.


*
a teraz będzie :

UŚMIECH PRAWDZIWY
CZYLI NAJPIĘKNIEJSZY NA ŚWIECIE




.
W poniedziałek spaliłam dwie patelnie. Projekt pochłonął mnie całkowicie. Napoleon to ja, jak widać, nie jestem.  Wrrrr - poniedziałek gorszy jest od czarnego kota ! Nie wierzycie ? U mnie sprawdziło się. Dowód - w środę nadpaliłam czajnik, a w sobotę ... w sobotę masakra - spaliła się moja pieczeń na dziko ! Pachnące mięsko z sosikiem, a w nim cebulka, duuużo smażonej cebulki i liście laurowe, i ziele angielskie, i ocet, i cukier, i ach ! śmietanka, gęsta, prawdziwa ... miodzio. Ech, wszystko się zmarnowało, cała pieczeń się spaliła ! Sama się, ma się rozumieć, spaliła. Doszczętnie i na węgiel ! Spaliła się też ulubiona rynka Mamci. Czarna seria - muszę udokumentować swoją wywrotową działalność, pomyślałam, wzięłam aparat, ustawiłam "dowody zbrodni", wołam Mamcię, a Mamcia patrzy na dowody, patrzy na mnie, uśmiecha się i ...

i cieszy się że jestem ...
TO SIĘ NAZYWA MIEĆ SZCZĘŚCIE !!!

*

                          z przyjemnością polecam Malina M *                              
strona liiil   

środa, 22 sierpnia 2018

??? ...




Ile kropek ma biedronka
          Gdy wygrzewa się do słonka ?
         A muchomor, proszę dziadka,
       Lepszy jest niż czekoladka ?

Co-o ???




.
.                                   . Nooo, a taki pan "simaczek"
.                                   . Śpiewa, grucha, może kwacze ?
.                                   . Domków pięć ma, albo sto ...
.                                   . Ale gdzie ma kropki ? Co ?

Co-o ???



.
.                                   . Pan pomidor mieszka gdzie ?
.                                   . Mówić umie, śmieje się ?
.                                   . A jak rzucić - bęc !!! na stół,
.                                   . Będą cztery, czy dwa pół ?



.
.                                   . Gdzie są kropki pomidora?
.                                   . Odpowiedzieć na to pora.
.                                   . Czemu kropek na nim brak,
.                                   . ty mi powiedz - tak ! tak ! tak !



.
.                                   . Może jak się go podrapie,
.                                   . To się kropki wtedy złapie ?
.                                   . Może poszły spać do środka
.                                   . i się kropki w środku spotka ?


.
.                                   . Może na sukience siadły ?
.                                   . Może na buciki spadły ???
.                                   . Ojjjj - buciki porwał pies(z) !
.                                   . Gdzie są moje kropki - wiesz ?

Wie-esz ?




.                                   . No a może kropek siedem
.                                   . Ma na nosie taki jeden ? 
.                                   . Może kropki fiku - miku
.                                   . W tym schowały się buciku ?

Co-o ???

* *
* *

tak kropkami dziś dziadziusia
zamęczyła cudna wnusia

*

                          z przyjemnością polecam Malina M *                              
strona liiil