czwartek, 3 maja 2018

DMUCHAWCE, LATAWCE

WIATR



.
Watr poszedł na spacer, dmuchawce rozkwitają, jak szalone, a latawiec ?




latawca zaraz wypuści tata, tylko wiatr wróci ze spaceru. Świat piękny jest i z perspektywy latawca, i z perspektywy dmuchawca ... i tak ogólnie też !!


*




hmmm -  bywają jednak zgoła inne perspektywy:
czasem przychodzi stanąć na głowie, a czasem dobitnie pokazać indywidualny stosunek do rzeczywistości ... o !


*


                                majowo polecam - Malina M *                                  

wtorek, 10 kwietnia 2018

TŁO

TO JUŻ NIESTETY TYLKO TŁO
a ja pamiętam Katyń ...





Pamiętałam jako dziecko, pamiętałam jako młodzież, pamiętam i teraz ...

O Katyniu opowiedział mi Dziadziu, byłam małą dziewczynką , niewiele rozumiałam ale widziałam smutek w Dziadzia oczach ... jego jasne oczy zmieniały się, gdy opowiadał ... co roku mówił więcej i inaczej. Rosłam i rozumiałam coraz bardziej, w ogólniaku już wiedziałam dużo, wiedziałam też, że na lekcji historii o tym będzie cisza ... i była. Za to na przerwach dyskutowaliśmy z kolegami zawzięcie. Ja byłam w ogólniaku oficjalnie prawie wraży element, a to ze względu na wujka księdza.  Nieoficjalnie wcale tak źle nie było, nie powiem, było nawet dobrze :) dobrą stroną tego był fakt, że ze mną o takich rzeczach, jak Katyń, można było rozmawiać do woli i bezpiecznie, wiadomo było, że do nieprzewidzianych nie dojdzie. Rozmawialiśmy wtedy bardzo dużo i jak na szczenięce lata poważnie.

A potem były studia .... noooo - moja "piąta grupa" uchodziła za grupę wywrotowców :) tam już odważnie i prostym tekstem mówiliśmy. Wrocław to wtedy był naukowy Lwów i Wilno, mieliśmy nosa, że "nasi" nam niczego złego nie zrobią, ale, no właśnie, przecież nie wszyscy byli "nasi" a nas, studentów, najbardziej wciągało drażnienie tygrysa za wąsy ... mieliśmy taką tygrysicę - panią od nauk politycznych. Jak wiadomo nauki polityczne marksizmu i leninizmu to był przedmiot najbardziej architektom w zawodzie niezbędny i przesyłano nam "odpowiednie" osoby do kształtowania naszych młodych kręgosłupów. Nie zapomnę jak sympatyczny kolega rysował na okładce notatnika śliczne, świnki i dorabiał im dymki z napisem " Związek Radziecki to ja". Stały numer to - kolega podnosi rękę:

- mogę zadać pytanie ?
- oczywiście, proszę
- może nam pani powiedzieć, co było w Katyniu ?

Tu pani robiła się czerwona, jak burak i trzaskając drzwiami wybiegała z sali wykładowej. Potem był dywanik u dziekana. A potem kolejne podchody, kolejne wąsy tygrysicy , nie daliśmy biedaczce o Katyniu zapomnieć. 

*




Czasy się zmieniły, ludzie się zmienili, zmienili się bohaterowie.
Pamiętaliśmy jeszcze do niedawna o Katyniu, czciliśmy, brzmiał dzwon pamięci. Jeszcze do niedawna, a dzisiaj ? Jak nędznie wygląda tamten las i garstka tych, którzy "w imieniu" oddają hołd. Zastanawiam dlaczego dzisiaj nasz prezydent NIE MUSI być w Katyniu?! ... czy pomordowani Oficerowie dzisiaj nie mają już takiego znaczenia, jakie mieli 8 lat temu? co się zmieniło w kwestii Katynia? Tak łatwo zapomnieliśmy?! Po co było tak się w czasach słusznie minionych trudzić, by pamięć o Katyniu zatrzeć ...

PAMIĘĆ "SAMA" SIĘ ZATARŁA ...
jest najwyżej tłem do innej pamięci ...


*


                               ze smutkiem polecam Malina M *                              
strona liiil  

sobota, 31 marca 2018

BARANKI PISANKI

MALINY HANKI




ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE
pisanki przez Malinę własnoręcznie drapane
a baranek domowy, nietypowy ... lubię nietypowe

Ten jest z rogami ... baranki, hmmm, że tak powiem ... otaczają mnie od urodzenia, a co do rogów, to czasem i owszem, wystawiają, ale ze mnie nie taka znowu owieczka ... też wystawić rogi potrafię ... ojjjj potrafię

Nietypowego w tym roku wsadziłam  na kartkę, niech siedzi ! w naturze wisi, jak dobrze popatrzeć, to widać nawet mały gwoździk i sznureczek.


.
Próba generalna na papierowej serwetce - będą pasowały  w koszyku ? Oczywiście premiera odbędzie się na serwetce czysto białej i z cukrowym barankiem, tym razem ... jak najbardziej typowym.


.
Po występie marsz na świąteczny stolik ! kurcgalopkiem !



NA ŚWIĘTA I NIE TYLKO
ŻYCZYMY WAM WIOSNY W SERCU



.
 .
 w domu i w ogólności




a w szczególności
wszelkiego jadła w obfitości
Malina z Mamcią Danusią  


*


                          z przyjemnością polecam Malina M *                            
strona liiil  

a kwiatki tegoroczne, świeżutkie, z Gór Sowich :)

niedziela, 25 marca 2018

DRZEWIEJ

W NIEDZIELĘ PALMOWĄ



tak wyglądał mój kościół

Drzewiej, to znaczy ponad pół wieku temu ... ojjjjj...

Palmy święciliśmy wtedy, ze względu na palmową wojnę domową, koniecznie dwie - jedną święcił mój braciszek, drugą święciłam ja. Robiliśmy te palemki wspólnie z Dziadziem, najpierw była wyprawa na rynek, czyli targ, po bazie. Kupowaliśmy "u baby" zwykle wypadało u tej samej, ale my i tak z wywalonymi jęzorami oblatywaliśmy cały rynek, w poszukiwaniu lepszych, A jaka to była frajda ! po drodze wpadaliśmy do klatek z królikami, to znaczy wpadaliśmy tam do chwili, aż jakaś przekupka zaczęła zachwalać, że dobre na pasztety. O mało co nie rozchorowałam się z rozpaczy nad kłapouchymi. Koni szczęściem na pasztety nikt przerabiać nie miał zamiaru, można było do woli wywalać oczęta i podziwiać piękne pociągowe rumaki. Jeszcze barwinek kupowaliśmy na rynku, bo w naszym ogródku za czorta nie chciał rosnąć. W domu robiliśmy sobie konkurs czyja palma ładniejsza ... u nas nie dodawało się żadnych ozdób z bibuły, ale wstążki można było z fantazją. Zazdrościłam dzieciom na podwórku, że mają takie kolorowe, ale mamcia w kwestii bibułki przekonać się nie dała i już.

Oprócz wojny palmowej odbywała się w naszym domu wojna koszykowa. Na początku koszyk był jeden, niestety, dzieciątka z nas były wojownicze i pewnego razu pobiliśmy się z bratem o to, kto po świętach zje głowę, a kto zadek baranka. Na wszelki wypadek baranka potłukliśmy na chodniku i każde zjadło po odpowiednim kawałku. Baranek święcenia nie doczekał, koszyk rozwalił nam się w drobiazgi, a serwetka wylądowała w kałuży. Wprawdzie Tatuś się odgrażał: żeby mi to było ostatni raz, bo jak nie to !!! ale następnym razem były już dwa koszyki i dwa baranki. Do kościoła szliśmy z dzieciakami z podwórza i każdy chwalił się pisankami.

Pisanki robiliśmy, dla odmiany, z Tatusiem. To znaczy On robił, a myśmy podziwiali. Robił to tak, jak w jego domu się robiło... najpierw pokrywał jajko kawałkami kolorowej bibułki, żeby miejsca wzorków zabarwiły się na odpowiednie kolory, potem zapalał świecę, koniecznie woskową, nie z jakiejś tam stearyny. Roztopiony, gorący wosk nabierał specjalnym pisakiem, który sam sobie zmajstrował i rysował misterne wzory na jajku ... pamiętam, że przy tym rysowaniu był bardzo skupiony i w taki charakterystyczny sposób wystawiał język ... oczywiści my, jak te dwie małpeczki, za plecami wystawialiśmy jęzory. Jajka z wyrysowanym wzorem wędrowały do gorącego wywaru z łupin cebuli, wosk się rozgrzewał, po wyjęciu Tatuś ścierał go szmatką i na ciemnobrązowym tle pokazywały się różnokolorowe esy floresy. Byliśmy z tych pisanek dumni jak te dwa pawie i wszyscy dokoła musieli je oglądać. 

Ale wracam do naszego kościoła i Palmowej Niedzieli, tym razem do czasów, gdy już z palmowych i koszykowych wojenek nieco wyrosłam. Proboszczem był u nas wtedy Wujek, starszy brat Tatusia.




Kiedy jestem w kościele w Niedzielę Palmową i śpiewają Mękę Pańską przenoszę się bezwiednie w tamte czasy. Eli Eli lama sabachtani  ... nigdy potem nie słyszałam już takiego śpiewu, dreszcz przechodził... głos niski, głęboki, z przejęciem ... akustyka doskonała, niosło aż do wnętrza serca.
Moja Babcia Zofia miała przepiękny głos, silny i czysty jak dzwon. Mamcia po ślubie ponoć bardzo chciała żeby Tatuś zaśpiewał, prosiła, prosiła, aż w końcu się złamał.  I co ? I już drugi raz nie poprosiła. Głos po Babci odziedziczył Wujek, jak zaśpiewał, to cisza była, jak makiem zasiał. Mieliśmy zwykle kilku wikarych. W Niedzielę Palmową wiadomo było - Chrystusa zaśpiewa szef, a kto zaśpiewa Judasza ? ... :)  tu ugryzę się w język. To był mój świat, Tatuś i Wujek byli bardzo zżyci, mieli tylko siebie, bo reszta rodziny na drugim końcu Polski. Byłam częstym gościem u Wujka i jak częstym, tak niesfornym. Jakoś mojemu bratu nigdy nic się nie przydarzyło, a mnie !!!.

No, nie zapomnę jaką sensację w kościele swego czasu wzbudziłam. Były imieniny Wujka, przyjechało sporo gości, w kościele odprawiała się uroczysta Msza, a w kuchni popłoch, pomagałyśmy z Mamcia a ja wiadomo, byłam: podaj, wynieś, pozamiataj... Hania, leć no do wujka i powiedz mu ... hmmm - jak stałam, tak poleciałam. Kościół połączony był klatką schodową z plebanią, Wujek w zakrystii, a do zakrystii trzeba przez cały kościół. W połowie drogi zorientowałam się, że coś nie tak, bo ludzie się śmieją. Upsss - wylazłam w papciach i w fartuszku ! Dobrnęłam bohatersko do zakrystii, ale co się wstydu najadłam, to moje.

I jeszcze jedno wspomnienie.Tak się złożyło, że swój projekt dyplomowy robiłam u Wujka. Działo się to w czasach, gdy kserokopiarka była nieosiągalnym szczytem techniki. Projekty robiliśmy na kalce, po ostatniej korekcie gotowy projekt trzeba było przenieść na brystol. Robiło się to na szybie. W naszym małym, dwupokojowym mieszkaniu nie było możliwości ustawienia "konstrukcji" do kopiowania, Wujek użyczył mi więc u siebie pokoju gościnnego, w pokoju ustawiliśmy dwa wielkie biurka, między nimi gruba szyba od dołu lampa, odwrócona żarówką w kierunku szyby. Miodzio konstrukcja. Plebania mieściła się w barokowym, pojezuickim kolegium, pokoje były wielkie, w holu biblioteka z zabytkowymi księgami i współczesnymi też. Spoko, wikarzy mieszkali piętro wyżej :) Bardzo lubiłam siedzieć w bibliotece i przeglądać te księgi, "mój pokój" był na końcu, nigdy nie szłam normalnie tylko zawsze "jechałam" Na środku podłogi leżał chodniczek, a po bokach podłoga pokryta była jakimś linoleum przedwojennym, które idealne wypastowane i wyfroterowane, lśniło niczym tafla lodu ... jednym "suwem" można było do samego pokoju. Przyzwyczaiłam się. Przy okazji jakiejś uroczystości znowu pomagałam w kuchni. Pamiętam, robiłyśmy tort bezowy z masą kawową, z zaparzanych żółtek. Niebo! Hania - zanieś tort do biblioteki, bo tam zimno. Chwyciłam tort i biegusiem. Oczywiście zgodnie z przyzwyczajeniem pojechałaaaaam ... niestety, wjechałam tortem w stół, tort zrobił salto i rozkwasił się doszczętnie na lustrzanej podłodze. Zamiast wykazać skruchę, dostałam ataku śmiechu. Obiad obył się bez deseru, bo wariantu awaryjnego nikt nie przewidział. 

To może jeszcze jedno wesołe wspomnienie, też z czasów studenckich. Mieliśmy w grupie czarnoskórego kolegę, bardzo go lubiłam, miał na imię Adele. Na plebanii były dwa koty, pewnego dnia kotka urodziła kocięta, szare kuleczki, tylko jedno było inne, czarne jak diabeł. Oooo - zupełnie, jak nasz Adele ... i tak kot został Adelem. Pewnego dnia gospodyni wsadziła pranie do pralki, nie było jakiś czas wody. Hania, możesz włączyć, poprosiła jak woda się pojawiła - jasne ! już lecę, Wsypałam ixi, zamknęłam pralkę i włączyłam. Za chwilę gospodynię coś tknęło i poszła sprawdzić. Haniaaaa !!! pognałam, widziałaś Adela ? nnie, .. no to chyba Adel się pierze !!! Nie dało rady otworzyć, bo z wodą zablokowane, pralka nie miała programu z odsysaniem, niestety wyjścia nie było, kot się musiał kapkę odwirować ... ale uciekał z łazienki !!! po tym proszku ixi wyrudział, a taki był czarniutki, śliczny ...

Koniec wspominania ! Do rzeczywistości marsz ! Dla tych, przed którymi  lustra i szyby do wypucowania kolorowy, współczesny akcent:



malinowe selfi z atrybutem

jaki atrybut takie selfi ...


*


                        z przyjemnością polecam - Malina M *                          
strona liiil  

poniedziałek, 19 marca 2018

JAK ZWYKLE !

(*z pamiętnika violuni - reaktywacja)
wrzasnęła moja violunia

- miała być wiosna, a będą jaja na choince !!!
- jakie znowu jaja ?
- nie wiesz ? no jak berety, nie, nie dziergane - malowane. Święta idą,
  jakbyś nie wiedziała, czas na wiosenne porządki a tu wrrrrr pada i pada, 
  padalec jeden ! weź się i daj mi coś na nerwy
- a bierz co chcesz ! ... robię projekt, słoń mi coś na inteligencję nadepnął:
  przejścia mi wyszły za wąskie, dojścia za długie, klapa! nie, nie dymowa,
  totalna, nie przeszkadzaj, nie mam cza ...

No to wzięła ... zdjęcia ! wiadomo, moja krew. Wzięła i od razu ruszyła w bój, znaczy mężnie postanowiła zrobić dobry uczynek i pomóc mi w porządkowaniu rodzinnych pamiątek, nawet się zapaliła do pisania rodzinnej historii …

- oooooooo – jakie domki ! ! ! no nie mogę zaczęła rechotać …
  dla lalek, czy co ???…
- jakie znowu domki ? – to najprawdziwsze ule ! przedwojenne ule
  i na dodatek kresowe ! nawet ponumerowane jak Pan Bóg przykazał …
- aaaaa ! a to się wujaszek Tomaszek ucieszy, jak zobaczy ...




.
Chodź tu i popatrz - który to Dziadziu Romuald ?
- oooo, na dźwięk imienia natychmiast oderwałam się od projektu, to ten najprzystojniejszy ! ! widzisz - nad panem w białej koszuli. Ech, Dziadziu Romuald to miał serce do pszczółek, niby taki mieszczuch, niby typowy urzędnik, a tu nagle: baach - uwielbiał pszczoły. Uwielbiał też niedzielne wyjazdy za Złoczów, gdzie mieszkał, na Woroniaki, wieś, gdzie w pasiece Przyjaciela trzymał swoje ule … zabierał Babcię, Mamcię Danusię, często Przyjaciół i wyruszał … 

- a dla wujaszka Damiana coś masz ?... nagle sobie przypomniała 
- pewnie ! wujcio Damian to poeta ... zaczarowana dorożka, zaczarowany
  dorożkarz, zaczarowany koń ... konia dla wujaszka to mam w domyśle,
  a zamiast dorożki będzie machalas



- no nie mogę ?!!! to machalas jest ? a ja myślałam, że bryczka
- litości !!! jaka bryczka ?! to nie żadna bryczka, tylko furmanka, tumanko
- furmanka, no dobra, niech ci będzie, a z tym machalasem to co ?
- no jak to co, nie wiesz: jedzie kowboj macha lassem ...
- aaaa, znaczy suchar z twoich czasów, phi, jakie czasy taki suchar

Nie da się ukryć suchar, nie da się ukryć, że z czasów gdy byłam w wieku mojej violuni. Ojjj, zamierzchłe to czasy, a ja znowu taka bardziej światła, od panny violki, nie byłam, co to machalas to i owszem, wiedziałam, co to fiacica też ... ale już alfa romeo kojarzyło mi się z wyłącznie z miłością do trygonometrii, albo, nie wiedzieć czemu, z naszym matematykiem.



a to co to ? gdzie to ?
a to Dziadziu małą Danusię miłości do pszczółek uczy ….

Gdzie? no, przecież mówiłam, na Woroniakach, w pasiece. Gdybyś nie wiedziała, to gospodarz pasieki, Jan,  pieszczotliwie zwany przez dziadzia Jasuniem, to jego kompan jeszcze z pierwszej wojny, razem siedzieli w okopach, razem szli na bagnety. Jasunio, z dziada pradziada gospodarz, zgodnie z tradycją miał dużo dzieci. Bieda u nich aż piszczała, ale dzieci były  mądre i rezolutne, więc Dziadziu Romek przyjacielowi te dzieciaki kształcił, wysyłał do szkół w Złoczowie, oczywiście pomagał też finansowo w utrzymaniu całej pasieki. Babcia zawsze się śmiała, że te pszczoły na Woroniakach są magiczne … na przednówku cukier zajadają wszystkie, ale zdychają tylko nasze … tak, tak – to bardzo inteligentne stworzenia, ze śmiechem odpowiadał Dziadziu i kupował następne słodkie kilogramy.

- zobacz, zobacz, dla cioci Bożenki też znalazłam zdjęcie,
  w sam raz ! całe w kwiatach ! pamiętasz: Bożenka-wiosenka ?
- pewnie, że pamiętam, wyjadłyście torty Sachera ze wszystkich
  wiedeńskich kawiarenek, o ! ... lubiła nas cioteczka Bożenka.



.
Ech, panno violuniu, co tam wiedeńskie kawiarenki, co tam torty Sachera, "najlepsze kremówki od Maćkówki", to było to ! ... Złoczów, to było to ! ... Urokliwe miasteczko, dookoła pagórki i jary, Zazule i Woroniaki ... złoty sen kresowy, kwitnące wiśniowe sady. Ej, miały pszczółki używanie, miała Mamcia Danusia cudne dzieciństwo … wojna zniszczyła ten świat …

- a ty ? ty jakie dzieciństwo miałaś ?
- ja ? szczęśliwe :) wojna tylko na poduszki i jeden wróg: kożuch na mleku
  tylko, violuniu, to już historia na całkiem inne opowiadanie.

- to ja zmykam, pa ! wykurzyli mnie z onetu teraz, mam małe mieszkanko
  na wordpressie, ale i tak tu mi najlepiej ... niedługo wrócę



Wasza
fiołkowa violunia


jaka fiołkowa ! jaka fiołkowa ! - malinowa ...
... i wężykiem !


           z nostalgią wracam do wspomnień o violuni - Malina M *          

Posłowie: violunia - fiołkowa świnka, bohaterka mojego pierwszego bloga.
Tomasz, Damiam i Bożenka - "rodzinka" violuni - moi pierwsi, w kolejności poznania, blogowi Przyjaciele, prawdziwi Przyjaciele ... których przyjaźnią cieszę się do dzisiaj. Dziewięć lat, beczka soli. A dla kolejnych Przyjaciół już tam moja violunia następne rodzinne fotografie szykuje ...


strona liiil