czwartek, 20 lipca 2017

WITAJ W DOMU

bez tych strasznych rurek, monitorów, kroplówek, cewników, strzykawek, wenflonów, wózków, z hałasem przemierzających korytarze, nawet bez uwijających się, jak w ukropie, pielęgniarek i pielęgniarzy. To wszystko zostawiłaś za sobą, tylko jeszcze z wózkiem nie udało Ci się pożegnać ...


.
Na zdjęciu już nie w szpitalu, a w przychodni hematologicznej. Fryzurę masz cud ! Ten cud to moje dzieło. Hej, szabla w dłoń ! zakrzyknęłam i uzbrojona w tępe nożyczki ruszyłam do dzieła. Musiałam -  w szpitalu miałaś smętne długie włosy, w końcu sympatyczny pielęgniarz związał je na czubku głowy w śmieszny kucyk, bojowa fryzura "na Szoguna", tylko sam Szogun niezbyt bojowy. 

Na zdjęciu jeszcze na wózku, ale już z uśmiechem ... bo jak tu nie uśmiechnąć się na takie "powitanie" Prawnuczka to magiczny eliksir , wystarczy kwadrans, a zły czas idzie w zapomnienie. 

I dobrze, że idzie, bo wyjątkowo zły to był czas, gdybyż tylko ten zawał, ale do tego hematologia i powikłania, nie dość, że zawał to gigantyczna wielopłytkowość krwi, do tego nie gojąca się rana na nodze, do tego zapalenie oskrzeli, a teraz jeszcze zapalenie żyły i powrót na badania do szpitala, szczęściem po USG można było wrócić do domu... Jak te harpie rzuciły się choroby. Od przybytku głowa nie boli, ale od takiego zwariować można ! Dla mnie czas się wtedy zatrzymał ... rano wychodziłam do szpitala, wracałam wieczorem, jakaś kromka starego chleba, herbata, potem telefony do bliskich, ze sprawozdaniem, a potem zapadałam w sen i od rana to samo. Długie godziny patrzenia na cierpienie, tego nie da się zapomnieć, nie da wymazać z pamięci. Była trochę spokojniejsza, kiedy siedziałam, pozwolono mi więc siedzieć, za parawanem oddzielającym łóżko od innych łóżek. Godzinami śledziłam wskaźniki monitora, chociaż prawdę powiedziawszy to dla mnie czarna magia, tyle się domyśliłam, że jak coś pulsowało, to znaczy - "uwaga !!!" wtedy kurczyłam się ze strachu. Obok toczyła się stała walka o czyjeś życie ... co pewien czas padała komenda - "prosimy państwa o opuszczenie sali" wiadomo było, że wtedy następowała przy którymś z łóżek "akcja", biegali lekarze, wjeżdżały różne aparaty, nawet przenośna ścianka do rentgena ...

Mimochodem zaczęłam podpatrywać i skrzywienie zawodowe dało znać o sobie. Aaaa, teraz to ja już wiem, ile miejsca trzeba, żeby łóżko w pędzie bezpiecznie "wykręciło" a wózek z niesfornym pacjentem "wyrobił zakręt"  Z autopsji teraz wiem, nie tylko z przepisów. Kiedy tak raz siedziałam na korytarzu nagle przypomniały mi się studia, zwłaszcza obrona projektu dyplomowego. Szpital projektowałam. Najbardziej podchwytliwe pytanie - "a jak pani rozdzieliła drogi pacjenta i zmarłego" ... mój projekt był nieco kosmiczny, więc i z takim rozdziałem problemu nie było. Teraz, niestety, przyszło mi przekonać się jak to na prawdę wygląda. Jednego dnia, kiedy siedzieliśmy z bratem przy łóżku Mamci, nagle padła komenda - "prosimy państwa o opuszczenie sali"  Przyzwyczaiłam się do tego, więc spokojnie usiedliśmy na korytarzu, tymczasem do sali wjeżdżały i wyjeżdżały różne urządzenia. Po jakimś czasie zjawiła się pielęgniarka z takim dziwnym wózkiem, na którym było coś w rodzaju szarej wanienki. Ooo, chyba będą kogoś kąpali, odezwałam się do brata, tylko dlaczego wanienka ma taki dziwny kształt. Za jakiś czas wózek jechał z powrotem, tylko ta dziwna wanienka była przykryta ... zrozumiałam i nogi wrosły mi w ziemię. Za kilka minut poprosili nas na salę. Na sali było jak gdyby nigdy nic, nikt z leżących pacjentów nawet się nie zorientował. Życie biegło dalej. Zrobiło mi się jakoś tak głupio, ja o projektach a tu rzeczy ostateczne. Dziwne to zawodowe skrzywienie, w dziwnych momentach się pojawia. Czasem, na przykład, jestem w jakimś kościele, nagle w środku Mszy patrzę na prezbiterium i co widzę - piękne, stare, wielkie cegły. Główka, wozówka, główka, wozówka, główka, wozówka, ooo - wiązanie polskie, czyli krzyżykowe . Ech człowiek to jednak niezbadana istota ...



Nasz OJOM, to tutaj Mamcia leżała.


Do szpitala Mamcię zabrało pogotowie, to był dla niej koszmarny stres, zwłaszcza znoszenie do karetki. Ze względu na układ schodów nie dało się na noszach, tylko w nosidełku, czyli po ludzku mówiąc, w worku z ceraty, która przypominała mi podłogę od namiotu ... ... brrr. Nie wrócę karetką, oświadczyła Mamcia, jak tylko poczuła się trochę lepiej. Problem był poważny, stres po zawale to nie przelewki. Ale, ale, od czego mamy naszych konstruktorów ! Nie martw się babcia, orzekł bratanek i razem z bratem zabrali się do twórczej, konstrukcyjnej pracy. Owocem była ich autorska konstrukcja, czyli zmontowany z kwadratowych rur szkielet, w który sprytnie wmontowali lekkie biurowe krzesełko. Cud, miód, malina - prawdziwa lektyka. Wypróbowali, hmmm, na mnie, a potem Mamcia, niczym Kleopatra, wjechała w lektyce na pierwsze piętro.

*

Na czas pobytu w szpitalu praktycznie całkiem wyłączyłam się z życia zawodowego. Mogłam, miał mnie przecież kto zastąpić. Nie zapomnę jak na korytarzu szpitalnym, w czasie przerwy na "akcję" oglądałam sobie w komórce zdjęcia wizualizacji, którą w biurze przygotował mój Bratanek. Osobliwe to były "konsultacje". Ciocia, włączyłem rendering, komputer pracuje a ja przyjechałem do babci. Czym sobie na to zasłużyłam? pytała Mamcia, gdy ciągle ktoś przyjeżdżał albo przychodził. No jak to czym ?!!!!!

A teraz może pokażę te pamiętne dla mnie wizualki parku.




.
Świetny jest w tym mój bratanek, rysunki wyglądają "jak żywe" fotografie.



.
Wykonanie rysunków, nawet bez nakładania faktur, to żmudne godziny, dni, a nawet tygodnie pracy. Popadło akurat na czas choroby Mamci.


.
Szczęściem renderowanie, to znaczy pokrywanie fakturami drucianego rysunku, można było niejako automatycznie, zaprogramować i wyruszyć do szpitala, a program to zaprogramowane liczył, liczył, zliczał, przeliczał i pracowicie pokrywał, co pokryć miał, asfaltem, trawą, wodą, betonem ...


.
Rośliny to odrębny rozdział, nie gotowce tylko z drobnych elementów pracowicie zmontowane. Jeszcze tylko "smaczki", czyli wieża, ludziki  i ... no nieeee !!! ja protestuję ! ja się na kaczki nie zgadzam !





od FB dostałam:)
uśmiecham się do Was


Świat wirtualny leżał odłogiem, podobnie jak praca i dom ... teraz powoli wracam do świata, nadrabiam zaległości, odwiedzam przyjaciół ... 

WRÓCIŁAM DO WAS I Z CAŁEGO SERCA DZIĘKUJĘ !
za obecność, za wsparcie, za modlitwę, za dobre myśli ...
Lżej człowiekowi, gdy wokół życzliwi ludzie.


Nie zapomnę słów wsparcia i pociechy ... tak bardzo potrzebowałam tej życzliwej obecności, tak bardzo potrzebowałam podtrzymania na duchu ... Będzie dobrze, powtarzałam sobie, a potem , w szpitalu, opowiadałam Mamci o tym, że jesteście. Pewnego dnia przeczytałam jej też wiersz, który napisał Damian, taka była wzruszona - prawdziwy wiersz o Niej! Czym sobie zasłużyłam ? zapytała ...

*

Szarość dnia rozjaśniasz słońcem
pisząc kolorowy list uśmiechem
szczebiotem zakochanych ptaków
przywołujesz rozkwit słodkich jabłoni

Nad twoim szczęściem
rozpościera się wielobarwna tęcza
most nadziei dla marzeń
zwyczajnych obłoków

Biała róża kwitnie w twojej dłoni
i pachnie wolnością sumienia
Muzyka motyli
porywa duszę do tańca....

Dzielisz codzienny chleb
na okruszki dobroci
swoim skromnym sercem
nie pomijając nikogo...

Dobrze jest być człowiekiem
który jest pieśnią życia
podarowaną innym
przez odwieczną miłość ...

27.06.17 
Damian 


*

JAK DOBRZE JEST MIEĆ PRZYJACIÓŁ ...


*


                        wszystkim z serca dziękuję - Malina M *                          
strona liiil  

69 komentarzy:

  1. :-)) Wszystkiego dobrego.
    Stare roczniki dobrze się trzymają tylko te młode jakieś cherlawe !!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana !
    Pozdrawiam Mamcię i Ciebie bardzo serdecznie i zdrówka Wam z serca życzę;)
    A u mnie przygotowania do pierwszego wesela, to już za 2 dni !

    OdpowiedzUsuń
  3. Druhno Haniu !
    Ponieważ nie umiem przenosić piosenek więc wklejam tekst piosenki Tuwima , którą bardzo lubię z prośbą byś ją Mamie zaśpiewała.


    (Julian Tuwim)
    (wiersz spiewany jako piosenka)


    Pomnę dzieciństwa sny niewysłowne,
    Baśń lat minionych wstaje jak żywa,
    Bajki czarowne, bajki cudowne
    Opowiadała mi niania siwa:
    O strasznym smoku, śpiącej królewnie,
    O tym, jak walczył rycerzy huf,
    A gdy kończyła, płakałem rzewnie,
    Prosząc: "Nianiusiu, ach, dalej mów!
    Mów dalej, o nianiu, mów jeszcze,
    Aż usnę i dalej śnić będę,
    Niech we śnie spokojnym wypieszczę
    Złocistą, tajemną legendę!
    Złóż z czarów wzorzystą mozaikę,
    Niech przyjdą rycerze tu do mnie!
    Mów dalej czarowną swą bajkę!
    Ja bajki tak lubię ogromnie..."
    Dziś czar dzieciństwa jeno wspominam,
    I często, kiedy siedzę samotnie,
    Marzeń przędziwo znów snuć zaczynam,
    Czar, który minął tak niepowrotnie.
    Znów przeszłość całą mam przed oczyma,
    I kiedy cisza nastanie w krąg,
    Po Andersena sięgam lub Grimma
    I dawne bajki czerpię dziś z ksiąg.
    I czytam, aż sen oczy zmruży
    I przymknie zmęczone powieki,
    Zaznaję cudownej podróży,
    W kraj mglisty, bezbrzeżnie daleki...
    Znużony do snu chylę głowę,
    Upaja mnie sen oszołomnie...
    W samotne wieczory zimowe
    Ja bajki tak lubię ogromnie...
    A czasem smętne moje dumanie
    Przerywa nagle cudna dziewczyna,
    Usta mi daje na przywitanie,
    A potem czule szeptać zaczyna:
    Że nie opuści mnie nigdy w życiu,
    W szczęścia godzinie ni w doli złej,
    Że kocha mocno, tęskni w ukryciu,
    A ja cichutko tak nucę jej:
    "Mów dalej, mów dalej, dziewczyno,
    Że wiecznie mnie będziesz kochała,
    Że chwile miłosne nie miną,
    Żeś moja na zawsze i cała,
    Że miłość twa tak jest bezmierną,
    Że będziesz tęskniła wciąż do mnie...
    Mów dalej, że będziesz mi wierną:
    Ja bajki tak lubię ogromnie!..."

    Po usunięcia raka przekazano mnie pod opiekę i obserwację i jako "królika doświadczalnego do Instytutu Onkologicznego.
    Pani doktór po zapoznaniu się z dokumentacją zapytała mnie:
    "czy nie mógł pan załapać się za bardziej znanego i mniej złośliwego raka ?"
    Odpowiedziałem, że całe swoje życie walczyłem by mieć wszystko w najlepszym gatunku.
    Ze swymi lekarzami jestem raczej w towarzyskich układach

    Łącze wyrazy szacunku i sympatii dla Was i CZUWAJ Mirek

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdrowia, zdrowia, zdrowia!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jest radość na twarzy Mamusi -Danusi, ale widać też przebyte cierpienie. Znam to. Dobrze, że ma świadomość, iż jest kochana. Bo zasługuje na to. Pozdrowienia dla Mamusi-Danusi

    OdpowiedzUsuń
  6. ot, Mamciu Danusiu, niczym, samym życiem, sercem.... Zdrowia życzę...

    OdpowiedzUsuń
  7. Dużo spokoju i pogody ducha dla obu Pań i niech lato sprzyja rekonwalescencji.
    Pozdrawiam, BB

    OdpowiedzUsuń
  8. NIEUSTAJĄCEGO ZDROWIA ŻYCZĘ

    A. T

    OdpowiedzUsuń
  9. Witaj Haniu.
    Zdrowia i jeszcze raz zdrowia życzę.
    Ma dryg i talent Twój bratanek.
    Pozdrawiam serdecznie i do się zapraszam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
  10. ŻYCZĘ DUŻO, DUŻO ZDROWIA MAMUSI - DANUSI!
    TEN UŚMIECH NA JEJ TWARZY JEST BEZCENNY.
    WIEM, JAK BARDZO SIĘ MARTWIŁAŚ.
    SERDECZNIE POZDRAWIAM:)

    OdpowiedzUsuń
  11. smutny wpis ze wspaniałym zakończeniem .miałam wrażenie że jestem z tobą w opisywanych miejscach .Przytulam i życzę już tylko ogrom pogodnych dni - Dośka

    OdpowiedzUsuń
  12. Morda zdradziecka mi sie uśmiecha widząc Twoje szczęście.Bo Mama wreszcie w domu
    Uśmiecha choć wiem ileż to wyrzeczeń od Ciebie wymagać będzie dalsza nad Nia opieka.
    Taki to nasz los dobrych ludzi Opieka nad rodzicami.
    Choc znam takich, co to na czas wyjazdu na wczasy, rodziców lokują w szpitalu.Jednocześnie mieniać się i co gorsza to głosząc, dobrymi katolikami.
    Wszystkiego najlepszego wiec dla Mamy i Ciebie życzę.Oby dobry los Wam sprzyjał

    OdpowiedzUsuń
  13. Zdrowia życzę Twojej Mamusi.
    Pozdrawiam:)*

    OdpowiedzUsuń
  14. Szarość dnia rozjaśniasz słońcem
    pisząc kolorowy list uśmiechem
    szczebiotem zakochanych ptaków
    przywołujesz rozkwit słodkich jabłoni

    Nad twoim szczęściem
    rozpościera się wielobarwna tęcza
    most nadziei dla marzeń
    zwyczajnych obłoków

    Biała róża kwitnie w twojej dłoni
    i pachnie wolnością sumienia
    Muzyka motyli
    porywa duszę do tańca....

    Dzielisz codzienny chleb
    na okruszki dobroci
    swoim skromnym sercem
    nie pomijając nikogo...

    Dobrze jest być człowiekiem
    który jest pieśnią życia
    podarowaną innym
    przez odwieczną miłość ...

    27.06.17
    Damian

    Na rozstajach dobra i zła,
    rozpaczy i nadziei,
    wiersz Pana Damiana
    objawieniem

    A. T

    OdpowiedzUsuń
  15. Malinko,tak sobie czytam i tak myślę: Twoja Mamcia to ma farta,że ma taką Curcię..

    OdpowiedzUsuń
  16. Droga Haniu!
    W przeddzień Twoich imienin pragnę złożyć
    bukiet najwspanialszych życzeń: uśmiechu i szczęścia, radości każdego dnia oraz wszelkiej pomyślności.
    Wszystkiego najlepszego Haniu!!!!

    OdpowiedzUsuń
  17. PANI ANNIE !
    W ZNAMIENNYM DNIU,
    NIEUSTAJĄCEGO ZDROWIA.

    A.T

    OdpowiedzUsuń
  18. Haneczko, dużo zdrowia i wytrwałości oraz sukcesów w tym, co robisz, życzę

    OdpowiedzUsuń
  19. Malinko,straszliwie jest dobrze,że dobrze się skończyło!!! Chryste Panie,co Ty przeżywałaś!..Dopiero teraz się wie..

    OdpowiedzUsuń
  20. Bardzo się cieszę, że Mama jest już w domu. Wśród swoich człowiek czuje się pewniej i lepiej, jak drzewo w lesie. Najlepszego!

    OdpowiedzUsuń
  21. WSZYSTKICH WAS KOCHANI POZDRAWIAM SERDECZNIE
    MAMCIA CHODZI BEZ TRZYMANIA !!!
    dzisiaj pierwsze kroki śmiało wyprostowana !
    czy może być dla mnie coś piękniejszego ?!

    wybaczcie, że mnie albo nie było albo było mało
    WRACAM !!!!

    OdpowiedzUsuń
  22. Hip hip! Huuuraaa!Malinka wracaaa!!!

    OdpowiedzUsuń
  23. Gdyby nie Mamcia tej naszej Malinki,to pewnie zagubiła by się gdzieś w obłokach..A tak jest i juz1

    OdpowiedzUsuń
  24. Dzień dobry Malinko!

    OdpowiedzUsuń
  25. Malinko,jesteś lekiem na całe zło!
    Dobrze,że jesteś tam gdzieś daleko,a nie tuż przy mnie,bo bym Cię niechybnie pożarł!
    Jednym słowem..masz fart,urocza kobietko!

    OdpowiedzUsuń
  26. Nalinko,kocham Cię! Kasuj mnie,kasuj,ale miłości skasować się nie da..Ile razy mam to powtarzać,okrutna kobietko? No ile razy???

    OdpowiedzUsuń
  27. Maliko,waryjot jam Ci jest oszalały..Wiem,że jesteś zakłopotana i nie wiesz,co powiedzieć..Usuwam się na jakiś czas,ale WRÓCĘ,moja Maleńka..

    OdpowiedzUsuń
  28. Malinko moja maleńka..Trzymałem fason,ale jak długo można..Kochana moja,maleńka.. No widzisz,co narobiłaś,urocza kobietko?Zakochałem się w Tobie na zabój!
    Kasuj mnie,kasuj.. Ale miłości skasować się nie da..

    OdpowiedzUsuń
  29. Malinko,przepraszam Cię..Jestem straszny głupol i nie wiem już,po co żyję.Przebacz,Maleńka..

    OdpowiedzUsuń
  30. Malinko,dlaczego jesteś tak cudowna?

    OdpowiedzUsuń
  31. Malinka milczy.. No jak tu nie kochać takiej kobietki??!!

    OdpowiedzUsuń
  32. taki jakiś Waszek8 sierpnia 2017 11:10

    Kocham Malinkę!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  33. Ja Ją kocham,a Ona śpi!

    OdpowiedzUsuń
  34. Malinko,Maleńka,Kochana..Dlaczego nic nie piszesz? Może ja..Jeśli tak,to wybacz mi,kochana!

    OdpowiedzUsuń
  35. Mam nadzieję, że wszystko w porządku u Ciebie i Twojej Mamy?

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  36. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  37. Haniu wracaj do zdrowia, nie poddawaj się

    OdpowiedzUsuń
  38. Hanusia chora jest? Nie wierzę.. Całkiem niedawno temu wyrwała mnie z łoża,porwała het,het gdzieś tam i kazała się siebie kochać..Spełniłem nakazany mi obowiązek..Ło jezusicku,jak dobrze było! Bis,bis!!!

    OdpowiedzUsuń
  39. PS Taki to t urok uroczych kobietek..Pożerać je żywcem! O le!

    OdpowiedzUsuń
  40. Ech,marzenia jak ptaki szybują po niebie,kiedy nie pada,a jak pada,to nie szybują..

    OdpowiedzUsuń
  41. Ta mała kobietka mnie oczywiście skasuje nie bacząc,że miłości skasować się nie da kliknięciem na klawiaturze..Ja wrócę!

    OdpowiedzUsuń
  42. DROGA HANIU!

    CO SIĘ U CIEBIE DZIEJE? DLACZEGO NIE WRACASZ. CZEKAMY, BARDZO STĘSKNIENI.
    CAŁUJĘ I POZDRAWIAM:)

    OdpowiedzUsuń
  43. Wszyscy się martwią - może szepnij słówko...

    OdpowiedzUsuń
  44. Anonimowi też się martwią, chociaż ich Pani nie lubi.

    OdpowiedzUsuń
  45. Z zaciekawieniem przeczytałam twój wpis :) Muszę częściej odwiedzać ten blog.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WIERSZ PANI ANNY ZEWEM TAJEMNYM.
      NADZIEJĄ.
      A.T

      MIŁOŚĆ
      Jak mam opisać tamten świat ?
      ulice, które są, a ich nie ma i okna
      których światło jest tylko wspomnieniem.
      Poważnego Żyda z poważnymi pejsami
      wesoły kapelusik grzecznej dziewczynki
      i buciki, co odliczają kroki do szczęścia.

      Jak mam opisać tamto szczęście ?
      małą zazulkę, co na duże Zazule
      przyfrunęła zdziwiona ich pięknem,
      Zachód słońca na Woroniakach
      sady wiśniowe, jak panny niewinne
      i jary, co wojny zapomnieć nie mogą.

      Jak mam opisać tamten dom ?
      dziewczynkę ze śmieszną kokardą
      lalkę z warkoczem i konia z siodłem
      co zbyt duże dla małej dziewczynki.

      Jak mam opisać tamtą radość ?
      smak ciastek, najlepszych, od Maćkówki
      zapach książek u Zuckerkandla.
      Zegarek z cyferblatem i śmieszne binokle
      pannę, co spiekła raka, westchnienie ułana
      i zakochane drzewa na Kempie

      Jak mam opisać tamten czas ?
      niebo, co na przekór losowi błękitne
      srebrne cygara, pachnące fosforem.
      Kromkę chleba z cebulą i płonące getto
      i królika Rafała, co oczy miał czerwone
      i poszedł pod nóż w czasie głodu.

      Jak mam opisać tamten ból ?
      pospieszne rozliczenie z młodością
      kilka sprzętów, listy, kilka pamiątek.
      Śpiew kanarka, co oszukał wojnę
      szum deszczu, miarowy stukot kół
      i mgłę, co rozstaniem na serce opada.

      Jak mam opisać
      tamten Złoczów …

      Usuń
  46. A Malinki nie ma..Jezu,Jezu,Jezusicko! Czy mam dzyndzolić na pogotowie???
    Cudowna Malinko,Malineczko..Daj znak,że żyjesz..Bo jeśli gdyby Cię zabrakło,to życie me warte funta kłaków jest..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weź gościu tabletki i nie smrodź tu.

      Usuń
  47. Spadaj,nie utrudniaj,nieszczęsna kobieto..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To do Cheronei(wyżej).29 września 2017 10:41

      To do Cheronei.

      Usuń
  48. Dołączam się do zapytania powyżej od paru osób, gdzie jesteś? Co się dzieje, że nie piszesz?

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  49. Malinko,wróóóóć do nas,nie katuj!!!

    OdpowiedzUsuń
  50. Malinko,już teraz wiem,że jest żle..! Czuję to! nie odpowiadasz na posty
    Kochana moja..Malinko! Zabij,nie katuj..

    OdpowiedzUsuń

  51. GŁODNA PAMIĘĆ.

    Zmierzch. Za oknem szaruga.
    Błotną drogą brnie Pamięć.
    Kostur w dłoni żebraczy.
    Otworzyłem drzwi na ościerz.
    Weszła cicho. Usiadła w kącie.
    Nalałem zacierkę do miski.
    Wrzuciłem garść cukru.
    Szczyptę soli do smaku.
    Głodna Pamięć przy stole. O nic nie pytam.
    Otworzyła Mama drzwi na ościerz.
    Gwar gęsi i kaczek na dworze.
    Słonce ogniste. Biegnę drogą znajomą.
    Łany zbóż falują.
    Przede mną mój Lux. Pies przybłęda.
    Grobla. Siółko. Wyniosły Bernardyn.
    Dalej gimnazjum. Rynek.
    Kościół farny. Zamek. Stary młyn.
    Dom rodzinny.
    Na progu Mama. Sypie zboże kurom.
    Głodna Pamięć przy stole.
    Dźwięk łyżki o talerz.
    O nic nie pytam.

    A.T

    OdpowiedzUsuń
  52. Piękne są te wiersze A.T.
    Czuję w nich duszę .

    OdpowiedzUsuń
  53. PANI LIIVIIA W PODZIĘCE

    Kraków.
    Zaczarowana dorożka.
    Postacie bliskie sercu.
    W Krakowie mieszkała
    Dziewczynka z Mamą
    o niemieckim rodowodzie.
    Pewnego poranku przybiegły
    do Nich dwie żydowskie Dziewczynki
    z cichym pytaniem:
    c z y u d z i e l ą i m s c h r o n i e n i a ?
    bo za chwilę do ich domu
    wtargną gestapowcy.
    Udzieliły schronienia.
    Jedna z tych Dziewczynek
    została architektem,
    druga profesorem.
    Polska Dziewczynka ukochała Kresy.
    Zasłużona wśród Sprawiedliwych Świata.
    W darze pozostawiła mi Swoje
    rodzinne kresowe fotografie i swoje zdjęcie.
    Przecudownie piękna Dziewczyna
    o imieniu Augusta.
    Pozostała o Niej pamięć
    i wdzięczność bezmierna.
    W jej krakowskim mieszkaniu
    spotykali się znamienici Brzeżańczycy.
    darzyli Ją i Jej Małżonka Pana
    Tadeusza serdeczną
    przyjażnią i miłością.
    Pan Tadeusz - Harcerz Brzeżański.
    Tęsknił za utraconym miastem.
    Swoją tęsknotę
    dzielił z Przyjaciółmi Brzeżańczykami.
    Pani Augusta nie pozwoliła odejść w niepamięć
    Tym, których kochała.

    W Krakowie Postacie bliskie sercu.

    A. T

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję.
      Jakże wiele dróg prowadzi do Krakowa.

      Usuń
    2. Bliska sercu Pani Liiviia.
      Mam nadzieję że za chwilę Pani Anna
      powróci na swoja stronę.
      A na ten czas Pamięć o Rapfach.

      A. T

      Usuń
  54. W MOIM ARCHIWUM STARA PONAD STULETNIA FOTOGRAFIA
    PAŃSTWA WEŁDYCZÓW I WSPOMNIENIA PANA STEFANA
    RAPFA. SWEGO CZASU WYTYCZAŁ GRANICĘ POLSKO - CZECHOSŁOWACKĄ.
    TWORZYŁ MAPY BRZEŻAN. JEGO BRAT WILHELM RAPF
    INŻYNIEREM MIEJSKIM W BRZEZANACH.

    Wróćmy do ubiegłych czasów z życia naszej rodziny.
    Do czasów nieznanych dzisiejszemu pokoleniu.
    Sięgają w inną epokę. Znaną z powierzchownych opowiadań.
    Z uproszczeniem lub świadomym przemilczaniem
    najpiękniejszych cech tamtych czasów.
    Dla człowieka u schyłku lat wspomnienia dzieciństwa. młodości.
    Nasze dzieciństwo i młodość nie znały trosk.
    Wszystko wokół było piękne i nowe.
    Ludzie z którymi się stykał, którzy się nim opiekowali,
    Serdeczni, troskliwi, kochający i kochani.
    Bełchówka. dworek państwa Wełdyczów. W sanockim podgórzu.
    Spędzałem tam kilka letnich miesięcy.
    Najmłodszym pokoleniem w bełchówce byłem ja.
    Janusia była jeszcze maleńka.
    Na wiosne, po ustaleniu się pogody, przywieziono mnie
    z Tarnowa. gdzie wówczas mieszkaliśmy, do Sanoka.
    Tam po śmierci Dziadka doktora Jerzego Rapfa żyła jeszcze
    babka Józefa, w starym drewnianym dworku na Rymanowskiej.
    Tam koncentrowało się całe życie rodziny Rapfów.
    Stąd Ciotki odsyłały mnie, pod opieką furmana Świderskiego,
    do wujostwa Wełdyczów, do Bełchówki.
    Moja radość nieopisana. Mogłem trzymać bat albo lejce.
    Drogę do Bełchówki pamiętam do dzisiaj.
    Polna droga przez Dąbrówkę, Bukowsko.
    Pnąca się ciągle pod górę wzdłuż potoków.
    Popas nad stawem pełnym kaczek z kaczątkami.
    W końcu ten dojazd, wąską drożyną przez łąki do mostku przez potoczek,
    a tam dworek państwa Wełdyczów.
    Jeszcze wszystkie dzieci licznej rodziny Rapfów były w szkole.
    Wyczekiwały na wakacje. Marzyły o Bełchówce,
    A ja już tam byłem, pod opieką cioci Wełdyczowej,
    wujcia Wełdycza i panny Maryni, zarządzającej gospodarstwem.
    Wujcio Wełdycz starszy pan. wysoki. średniej tuszy.
    Z zarostem na twarzy. spokojny i małomówny.
    widzę go. wychodzi przed dom na podwórze.
    W ręku miseczka nakrojonego razowego chleba.
    Biegną kury, kaczki, indyki, panterki.
    To nie dla nich. To dla pawji.
    Czekają nieopodal aż przegoni intruzów.
    Na podwórzu zawsze było kilka pawji, gubiących swoje piękne pióra.
    ciocia Wełdyczowa drobna, szczupła, powolnie chodzi po podwórzu.
    Zajęta gospodarstwem i aprowizacją.
    Ubrana ciemno - szaro. Chusteczka na głowie.
    do pomocy panna Marynia, z pękiem kluczy u pasa.
    Dbała o nasze wyżywienie. Państwo Wełdyczowie byli bezdzietni.
    Tym serdeczniej opiekowali się dziećmi i wnukami doktora Rapfa.
    Wujcio Wełdycz całymi dniami zajęty gospodarstwem.
    Jego majątek kilkaset morgów pola, łąk i lasów.
    Ziemia w terenie górzystym. niezbyt urodzajna.
    obok domu pasieka. zajmował się nią wyłącznie wujcio Wełdycz.
    Karbownik co wieczór składał sprawozdanie
    o wykonaniu prac na gospodarce. Dom modrzewiowy.
    Kryty gontem. zwrócony frontem ku potokowi.

    A. T

    OdpowiedzUsuń
  55. C.D.

    Z ogrodem – sadem na podjeżdzie.
    Górski potok zapełniony drobnymi kamyczkami.
    Spienione progi i wodospady. Istny raj dla dzieci.
    Dom ozdobiony gankiem na dwu słupach.
    Z ławeczkami po bokach. Duża sień. Sześć pokoji. Kuchnia.
    Życie gospodarskie na zapleczu domu.
    Tu zajeżdżały wozy, bryczki, a czasem powozy.
    Przyjmowano gości. wychodzono do gospodarstwa.
    W dużych stajniach konie wyjazdowe i folwarczne,
    krowy i woły węgierskie, z długimi rogami.
    Woły wykonywały najcięższe prace. orka. zwózka zboża. wywóz obornika.
    Pieczę nad nimi sprawował fornal i poganiacz Iłko.
    Nad końmi czuwał fornal Romko. mój osobisty przyjaciel,
    u którego w stajni spędzałem najszczęśliwsze chwile moich wakacji.
    Wsadzał mnie na konia, prowadzonego do wodopoju. Byłem w siódnym niebie.
    Przy wyjeżdzie wujostwa, moje miejsce na kożle, obok Romana.
    Trzymałem bat. czasami nawet lejce.
    Wyjazdy w niedzielę do Płonnej. na mszę do cerkwi księdza Bańkowskiego.
    Serdecznego przyjaciela Wełdyczów.
    W tym czasie nie było nienawiści między polakami i rusinami.
    Niecna polityka austryjacka „dziel i rządż” poróżniła te narody.
    W niedzielę państwo Wełdyczowie jeżdzili bryczką do Płonnej.
    Droga kamienista i wyboista. W zaprzęgu dwa konie: Siwa i Elka.
    Księdzowa podejmowała państwo Wełdyczów po mszy śniadaniem.
    Popołudniu wracaliśmy do Bełchówki.
    Kiedyś złapała nas burza. państwo Wełdyczowie schowali mnię
    pod siedzenie bryczki, chroniąc od przemoczenia.
    Zapamiętałem to na całe życie.
    W miesiącach wakacyjnych zjeżdżała do Bełchówki
    reszta młodego pokolenia Rapfów: Włodzio i Dziunia Starosolscy,
    dzieci Julji z Rapfów Starosolskiej. Wiluś mój brat.
    Janusia moja siostrzyczka pod opieką cioci Heleny.
    Czasami Lola Kondratowicz, wówczas już dorosła.
    Razem z dziećmi nieraz przyjeżdżały mamusie z tatusiami.
    Było gwarno i wesoło.
    Niezapomniane wyprawy do pobliskiego lasku, zwanego Dębiną.
    Bełchówka na zawsze w mej pamięci. Wioska w górach.
    Dworek. wujostwo Wełdyczowie.
    Tęsknota nie otulona w moim sercu.
    U schyłku lat byłem w Bełchówce.
    Z trudem poznałem miejsce, gdzie stał dwór.
    Po śmierci Wełdyczów spadkobiercy rozparcelowali majątek.
    Pozostały resztki budynków. Zaniedbany ogród.
    Pustka.

    A. T

    OdpowiedzUsuń
  56. NA CMENTARZU W BRZEŻANACH
    ZAPOMNIANY GROBOWIEC RODZINY URZĘDOWSKICH.
    NIKT DZISIAJ NIE PAMIĘTA, ŻE W NIM W 1940 ROKU
    POCHOWANO INŻYNIERA MIEJSKIEGO JANA, WILHELMA RAPFA
    I DOKTORA STEFANA BILIŃSKIEGO, ORDYNATORA SZPITALA
    W BRZEŻANACH, ZAMORDOWANEGO PRZEZ UKRAIŃSKIEGO
    ZWYRODNIALCA W 1944 ROKU.
    SAGA RODU RAPFÓW,
    POLSKICH PATRIOTÓW PRZEISTOCZONYCH Z AUSTRYJACKICH
    NIEMCÓW. OTO OPOWIEŚĆ O NICH NA PODSTAWIE PAMIĘTNIKA
    PANA STEFANA RAPFA. GEODETA.
    WYTYCZAŁ POLSKO - CZECHOSŁOWACKĄ GRANICĘ.

    Oto
    Najjaśniejszy Pan Franciszek Pierwszy wpadł na genialny pomysł.
    W roku 1834 postanowił kilkaset młodych rodzin niemieckich
    osiedlić w Galicji. Każda z tych rodzin otrzymała 1000
    florenów i dwa kryte wozy.
    Po dwutygodniowej podróży zajechało na rynek sanocki
    osiem rodzin : Rapfowie, Rissowie, Rejmowie, Majntnerowie,
    Baumanowie, Adlerowie, Nidertalowie, Tilpowie.
    Sławetny Magistrat przygotował już dla nich domy,
    meble i nawet opał. Burmistrz przywitał ich chlebem i solą
    oraz serdecznym przemówieniem, którego zrozumieć nie mogli.
    Odpowiedzieli tylko uściskiem ręki i uśmiechem.
    W rynku dano kamienicę doktorowi Jerzemu Rapfowi,
    który przyjechał z żoną Józefą, jej siostrami:
    Hanną i Mitzi Loegler.
    Na rynku rosła trawa, pasły się kozy i świnki.
    Pod domami stały długie ławki, przeznaczone dla
    sąsiedzkich pogaduszek.
    Pierwsze wrażenie nie było dodatnie, toteż żona doktora powiedziała :
    „Georg das ist doch keine stadt. wir mussen das ordnung machen”.
    Hanny i Mitzi tylko kiwały głowami.
    Hanny wyjęła przepisy kucharskie na lody winogronowe,
    brzoskwiniowe i objęła swój dział wyżywienia rodziny.
    Mitzi wyciągnęła różne kłębki bawełny, nici, płótna,
    przybory do szycia i maszynę. Jej działem bieliżniarstwo.
    Doktor Rapf pochodził z rodziny mieszczańskiej
    z miasteczka Maissau w okolicach Wiednia.
    Tam jego rodzina posiadała winnice.
    W Sanoku doktor Rapf został zamianowany lekarzem miejskim,
    a jego żona dyrektorką 3 klasowej szkoły żeńskiej.
    Miała uczyć niemieckiego i robót ręcznych.
    Inżynier Maciej Risse przyjechał z żoną i jej dwoma siostrami
    Ludwiką von Lowenmuth Leo i Liną von Lowenmuth Leo.
    Dostali długi drewniany dom przy trakcie rymanowskim.
    Miał dwie córki: Helenę i Ernestynę.
    Helena wyszła za mąż za geodetę Baumana, kierownika
    urzędu katastralnego w Sanoku. {zmarł w Sanoku w roku 1917}.
    Minęło kilka miesięcy. Doktor miał wielu pacjentów z Sanoka
    i okolic. Zyskiwał coraz to większą sympatię.
    Nauczył się wnet mówić po polsku, co było niezbędne
    w jego praktyce. Miał kilkanaście pięknych
    fajek i lubił pić kawę.


    Toteż pacjenci, których leczył, starali się ażeby w domu
    zawsze poczęstować lekarza doskonałą kawą.
    Zdarzył się nawet przypadek, że jeden z chorych, któremu
    pewien lekarz zabronił pić kawę, prosił o pozwolenie picia lury.
    Wtedy Doktor stanowczo powiedział : „lury pić nie pozwolę,
    a o ile pacjent bez kawy nie może obejść się, to niech pije
    tylko porządną kawę”.
    Doktor miał bardzo życzliwe i serdeczne podejście do chorych.
    Toteż po jakimś czasie proszono go bardzo, ażeby został
    burmistrzem miasta.
    Zaczęły przychodzić na świat dzieci. Najpierw Karol.
    Potem Jerzy {Georg}. Dalej Pepi {Józefa}, Julia i Leontyna.
    Ostatni Edmund.
    Ciotki Hanny i Mitzi starały się chować ich w duchu niemieckim.
    Przy zetknięciu się jednak z innymi dziećmi szybko uczyły się
    polskiej mowy. Bawiło je to. Mogły rozmawiać ze sobą,
    a ciotki zupełni nie rozumiały o czym mówią.
    Nastał rok 1845. Starosta, z pochodzenia Czech,
    Karol Proksch, przyjaciel Doktora,
    schował pewien tajny dokument i w okolicach Sanoka
    był względny spokój.
    Toteż po śmierci tego Starosty, obywatele ziemi sanockiej
    postawili Mu na cmentarzu sanockim pomnik wdzięczności.
    Nadszedł rok 1948. W nocy znikali młodzi ludzie.
    Przechodzili przełęczą na Węgry.

    OdpowiedzUsuń
  57. C.D.

    Ksiądz Emilian Bańkowski, proboszcz greko - kat parafii
    w Płonnej w powiecie Sanockim, często przyjeżdżał
    do Doktora z księdzową. Dawała ona tłuste indyki dla starosty.
    Brat jej już walczył na Węgrzech.
    Wówczas nie było jeszcze politycznego podziału
    między Polakami i Rusinami. Panowała idealna zgoda i przyjażń.
    Żona ruskiego księdza Bańkowskiego była Polką.
    Rodziny Rapfów i Bańkowskich poznaly się w Bełchówce
    we dworze państwa Wełdyczów.
    Żona księdza Bańkowskiego pochodziła z Płonnej,
    Z domu Surynówna, wychowana we dworze,
    Miała zawsze pańskie zachcianki.
    Jej mąż ksiądz Bańkowski często Ją strofował :
    „Bo to ty Naściuńciu zawsze tylko pańskie fanaberie masz w głowie”.
    Fanaberie były oczywiste. Księdzowa wszystkich synów wysyłała
    do szkół, a córki kształciła w konwikcie w Jaśle.
    Synów ksiądz zawoził do Sambora do gimnazjum.
    Trzy dni musiał jechać bryczką. Konie szanował.
    Więc postoje musiały być.
    Synowie tylko na wakacje przyjeżdżali do płonnej
    i przywozili ze sobą kolegów.

    Córki;
    Melancia, Melcia i Natalcia zapraszały na wakacje
    swoje przyjaciółki Józię i Julcię Rapfówne.
    Ksiądz Emilian bardzo lubił Julcię. Zawsze do niej mówił „mein liebes kind”,
    co sprawiało Jej przyjemność. Melanię i Józię rapf połączyła
    głęboka przyjażń. Przetrwała pół wieku.
    Najmłosza i najpiękniejsza córka Doktora Rapfa Leonia
    wyszła zbyt wcześnie zamąż za wdowca z trojgiem dzieci.
    Jeżdziła póżniej do Bełchówki. Nie miała już ochoty do zabaw.
    Wiodła bardzo ciężkie życie.
    Melancia często przyjeżdżała do Rapfów do Sanoka.
    Była bardzo elegancka i nie chciała wychodzić zamąż.
    Córki Księdza były bardzo pracowite.
    Ksiądz Emilian budząc je rano żartobliwie mawiał
    „stawajcie darmozjady”.
    Ksiądz wygłaszał w cerkwi kazania po polsku.
    Zaczynał słowami „moi mili parafianie…a Ty Nastka
    nie pchaj się na Fedka… a Ty Klaudziu nie susz zębów…”
    i tym podobne uwagi.
    Zawsze w niedzielę przychodził do księdza Kolator Truskolaski na mariasza,
    gdy żle zagrał mówił: „kiep jestem księże proboszczu”, proboszcz potwierdzał:
    „nie neguję Panie Kolatorze, nie neguję”.
    Gdy już były pierwsze lampy naftowe,
    o godzinie dziesiątej przychodzil do bawialni i ze słowami
    „szkoda kamfiny” wygaszał je,
    Młodzi ze śmiechem wychodzili przed plebanię i spacerowali po gościńcu.
    Przy każdym zajeżdzie do Sanoka Ksiądz
    Bańkowski wstępował do Doktora Rapfa na dobrą kawę.
    Zawsze była przygotowana ze znawstwem, ze śmietanką.
    Takie było życie w Rodzinie Bańkowskich.
    Wpierw zaprzyjażniona, a póżniej spowinowacona z rodziną Rapfów.
    Żona Księdza Bańkowskiego zmarła w Płonnej.

    A. T

    OdpowiedzUsuń
  58. BEŁCHÓWKA.
    Dalej gospodarstwo prowadziła Melańcia. ich najstarsza córka.
    Po śmierci Ojca probostwo objął zięć Księdza Bańkowskiego
    ks. Hamerski, ożeniony z piękną Natalcią, która przy
    pomocy Malci prowadziła już dalej gospodarstwo.
    Pewnego dnia
    zachorowała Żona właściciela Bełchówki Pani Wełdyczowa.
    bełchówka, niewielki majątek ziemski,
    położona w górach około 20 kilometrów na południowy
    zachód od Sanoka.
    Stary Wełdycz przyjechał po Doktora i przywiózł Go do Bełchówki.
    Jerzy Rapf był zachwycony starym dworem. Kwitły lipy. Kawa była doskonała.
    Starzy ludzie, serdeczni i mili. Marzył, ażeby jego dzieci mogły tu być.
    Pani Wełdyczowa dowiedziawszy się, że Doktor ma dzieci nakazała,
    ażeby wszystkie przyjechały do Bełchówki, na całe wakacje.
    Cała szóstka przyjechała.
    Dniem buszowali po ogrodzie wśród malin i agrestu.
    Wieczorem kurs historii polskiej. Otwieranie starego sekretarzyka.
    Czytanie oryginalnych listów Kościuszki.
    Podczas burzy stary Wełdycz i Wełdyczowa obchodzili dwór dookoła,
    dzwoniąc loretańskimi dzwoneczkami i kropiąc go święconą wodą.
    z wakacji dzieci wróciły opalone, dobrze odżywione, wesołe.
    Wiele lat dzieci i wnuki Doktora spędzały wakacje w Bełchówce.
    Były to lata 1860 – 1890.
    Trzydzieści lat. Corocznie Państwo Wełdyczowie gościli dzieciarnię Doktora Rapfa.
    Najmłodszy syn Doktora - Edmund, urodzony w 1849 roku,
    miał pewnie dwanaście lat, gdy pierwszy raz przyjechał
    do Bełchówki w 1860 roku. Młodszy syn Edmunda, Stefan Rapf,
    {autor pamiętnika}, bawił ostatni raz w Bełchówce w 1890 roku.
    W ciągu tych trzydziestu lat, Państwo Wełdyczowie,
    zwani przez dzieci Rapfów - dwu pokoleń - „Ciocią i Wujciem”,
    gościli bezinteresownie całą czeredę, najmłodszego
    pokolenia Rapfów przez wszystkie wakacje.
    Imiona tych dzieci: Karol. Jerzy. Pepi [Józefa]. Julia. Leonia.
    Mundzio. To było pierwsze pokolenie.
    Drugie pokolenie: Włodzio Starosolski, Dziunia Starosolska,
    to dzieci Julii. Lola i Alfred - dzieci Leonii Kondratowicz.
    Wilhelm. Stefan i Janusia - dzieci Edmunda.
    Karol - najstarszy i najukochańszy syn Doktora, zginął jako oficer austryjacki
    w wojnie astryjacko – pruskiej w roku 1866 pod koniggrae.
    Jerzy - po ukończeniu politechniki lwowskiej,
    został inżynierem miejskim w Czerniowcach,
    ożenił się z Bronisławą Baranowską. mieli dwóch synów:
    Tadzia – prawnika - zmarł wkrótce po ożenieniu się.
    Pozostawił małego synka, po którym ślad zaginął.
    Drugi syn Izio {Izydor} prawnik. póżniejszy konsul polski
    w Belgii miał podobno córkę. ślad po nim zaginął.
    Józefa, {Pepi} nie była ładna. Rodzice wysłali ją do lwowa
    na naukę robienia kapeluszy.
    Wyszła zamąż za prawnika Konstantego Komaszczuka,
    syna prawosławnego księdza.
    Druga córka Doktora - julia wyszła zamąż za Joachima Starosolskiego.
    mieli syna Włodzimierza i córkę Jadwigę. Włodzio został prawnikiem.
    ożenił się z Darią z Szuchiewiczów.


    Takie jak wyżej opowieści, publikowano
    w staropolskich gazetach jako dodatki,
    które z wypiekami na policzkach,
    czytali Polacy dla pokrzepienia serc.


    Na Starym Cmentarzu w Sanoku,
    spoczywają wywołane Postacie.

    Pewnie zadziwieniem, jak dzieci
    austriackich Niemców przeistaczali się
    w Polskich Patriotów, a przykładem
    oryginalne listy Kościuszki,
    które Im czytała Pani Wełdyczowa.
    Znamienne - Ksiądz - Pop Prawosławny
    odprawia msze w języku polskim.
    i dzwonki loretańskie ożywaja.

    Fotografje Pana Doktora Jerzego Rapfa
    z 1868 roku i Państwa Wełdyczów
    przetrwały w moich zbiorach
    i też Dworek w Bełchówce.

    Wiatr Historji zatarł ślady.


    A. T


    OdpowiedzUsuń
  59. KOCHANA HANIU!

    OGROMNY NIEPOKÓJ WLAŁAŚ W NASZE SERCA.
    BARDZO SIĘ NIEPOKOJĘ I TĘSKNIĘ ZA TOBĄ.
    UCAŁOWANIA I POZDROWIENIA DLA CIEBIE:)

    OdpowiedzUsuń
  60. Do Pana A.T..Mistrzu,zawładnąłeś tym blogiem..Czy łaskawie nie uważasz,że innym też coś się należy?

    OdpowiedzUsuń
  61. Szanowny cichy Wielbicielu !
    Podzielam Twój niepokój, a te moje
    ułomne wpisy tonącego chwytanie się brzytwy.
    Przepraszam.
    A. T

    OdpowiedzUsuń
  62. Przemienił się wrzesień
    w październik
    Resztkami babiego lata.
    Krótki deszcz. Nie łzy.
    Poranne umycie twarzy.
    Autostradę nawija na koła samochód.
    Pola zamiecione żniwami.
    Słońce zapada w sen.
    Lipy płoną czerwienią
    Płoną też na grobli w Brzeżanach.
    W dziesiątych pokładach pamięci
    Mój pies przybłęda. Mama.
    Nie wiedziałem kim jestem.
    Może psem.
    Może ludzkim szczeniem.
    Byłem w Brzeżanach.

    A. T

    OdpowiedzUsuń