I Z RADOŚCIĄ
czekam na przyjazd Papieża Franciszka
przeżywam z młodymi tę atmosferę poszukiwania, dzielenia się ...
otwarcia na innych, bycia w drodze ...
Nawet znaczek sobie zrobiłam, bo jakże bez znaczka ?
Ich znaczek jest młody, kolorowy, radosny, mój świeci światłem odbitym.
.
Fakt - gdzie mnie tam do młodości ! ale ... ale taką radość to ja akurat poznałam bardzo dobrze. Radość szukania Boga, radość bycia razem z innymi, radość spotkania. Do dzisiaj pamiętam, nie sztuczną, nie udawaną, nie wykreowaną, nie dlatego, że wypada się cieszyć, taką radość z głębi serca, najprawdziwszą, z prawdziwych. Do dzisiaj pamiętam nadzieję i wyczekiwanie. Ja tych młodych rozumiem, dla nich jakakolwiek trudność, niedogodność nie jest poświęceniem, jest drobiazgiem, to dla nas byle kretowisko górą nie do przebycia czasem się wydaje, oni góry pokonają tak, jakby były tylko pagórkami. Ta radość daje im siłę. Uwierzcie mi, takie przeżycia zostawiają ślad w osobowości młodego człowieka, ślad na całe życie Skąd wiem ? bo i w mojej osobowości odbiły niezatarte ślady. Wiem jak to jest, poznałam, zakosztowałam, przeżyłam, przewartościowałam. Zostało mi. Ciągle jestem w drodze.
Pamiętam taką atmosferę z dawnych pielgrzymek. To jest inny świat. To wszystko, co widzimy w telewizji, te bilety, gadżety, politycy, ochrona, to wszystko tylko otoczka, sens jest gdzie indziej. Więc czekam z nadzieją, że coś się stanie, że przynajmniej oni, młodzi, wyrwą się z tego dziwnego, zamkniętego kręgu, jakim powoli się stajemy, że się otworzą na tych innych, że przekroczą siebie, że przekroczą własny strach, że Papież porwie znowu, szeroko otworzy okno, wpuści powietrze, że złapiemy oddech i nie będziemy już tacy tylko dla siebie, tylko u siebie, tylko dla swoich, my, nam, o nas, dla nas i tak dookoła wojtek. Mam cichą nadzieję, że wróci świat naszych wartości, że powoli się to poskłada, jak puzzle, w dawną całość, w dawną prostą prawdę o ewangelicznej miłości bliźniego ... miłości pewnie nikt nie musi nas uczyć, ale kim jest bliźni to by już się przydało. Mam nadzieję, że młodzi, tak jak kiedyś my, zapamiętają lekcję, że lekcję od Papieża dostaną, że potrząśnie ...
bo jak nie On to kto ?
TAK BYŁO
Czas kiedy i ja byłam, jak oni teraz, młoda. Szukając drogi, szłam ...
Dziesięć razy pieszo wędrowałam do Częstochowy.
Za każdym razem ponad trzysta kilometrów w dziewięć dni.
Najpierw była 267 Piesza Pielgrzymka Warszawska.
Akademicka grupa 17, żółta siedemnastka czyli "słoneczka".
1978
rok. głęboki PRL a tu kawałek wolnego świata. Studenci z całej Polski.
Idą, modlą się, słuchają, dyskutują o wartościach, o życiu, o wierze, o
problemach, o wolności i wreszcie śpiewają czasem pięknie a czasem
trochę ryczą, jak kto potrafi, nie ma znaczenia.
.
Z
Warszawy wychodzimy wczesnym rankiem, po Mszy w Kościele świętej Anny.
Na ulicach tłumy. Zaskakuje mnie, że ludzie wcale się nie boją. Wiele
rąk uniesionych do góry z charakterystycznym V. Machają do nas,
śpiewają z nami, mamy z niemowlakami podbiegają do naszej grupy i proszą
nas o błogosławieństwo dla ich dzieci i o modlitwę ...
mam pełne oczy łez.
.
Trudno opowiedzieć wrażenia, trudno oddać tamten klimat.
To
coś pomiędzy radosnymi Światowymi Dniami Młodzieży a spływami
kajakowymi, jakie odbywał Karol Wojtyła ze studentami. Do tego jeszcze
młodzieńczy bunt i coś z walki o wolność. Nie boimy się chociaż wiemy,
że grupa nafaszerowana sb-kami jak dobra kasza skwarkami.
Wiemy, że nasze fotografie trafią gdzie trzeba.
Do
tych wszystkich wrażeń dochodzi jeszcze coś - ogromny wysiłek,
przekroczenie siebie. Ale o tym dowiadujemy się trochę później.
.
Nogi niosą same, śpiew na ustach, zmęczenia ani śladu.
A
potem pierwszy pielgrzymkowy przystanek w Raszynie. Siadamy na trawie,
zdejmujemy buty i upssssss pierwsza przykra niespodzianka. Patrzę na
swoje nogi a tu dziewięć wielkich bąbli . Ojjj - jak tu nogi z powrotem
do butów włożyć i przejść następne kilometry. Polak mądry po szkodzie
ale przed szkodą to z mądrością też czasem nie za bardzo .
Durna
byłam jak nie wiem co. W regulaminie stało "wygodne obuwie na zmianą. No
to ja, o naiwności, wzięłam dwie pary tenisówek. Z Warszawy oczywiście
wyszłam w tych ładniejszych, białych, sznurowanych. Odparzyły nogi
popisowo.
Potem, kolejno, szłam w 268 i 269 Pieszej Pielgrzymce Warszawskiej.
A
potem to już odłączyliśmy się od warszawskiej i powstała 1 Piesza
Pielgrzymka Wrocławska. I dziecko żółtej warszawskiej siedemnastki,
czyli zielona wrocławska akademicka dwójeczka. Szłam w niej siedem razy
chociaż studentką już nie byłam. Szli w niej studenci i studentki
poznane na warszawskiej. Szli naukowcy. Kiedyś szedł nawet rektor
Uniwersytetu Wrocławskiego. Studenci z upodobaniem zwracali się do niego
"bracie" jak do każdego innego pielgrzyma.
Pierwsza wrocławska
to była całkiem eksperymentalna pielgrzymka.
Eksperyment
zaczął się już pierwszego dnia. Trasa warszawskiej sprawdzana od 267
lat prowadziła zawsze tą samą drogą.A trasę wrocławskiej dopiero
wytyczono. Na mapie. Oczywiście sprawdzono też częściowo częściowo idąc a
częściowo jadąc samochodem . No i pierwszego dnia miało być 36
kilometrów. Było 50. Po drodze trafiliśmy niechcący na jakiś poligon, z
daleka słychać było odgłosy wystrzałów a na dokładkę po polu biegał
rozzłoszczony byk.
Upał był niemiłosierny. Na bazę dotarliśmy o
drugiej w nocy. Jak dotarliśmy tego nie wiem. A tu jeszcze trzeba było
namioty rozbić. Że te namioty nam się nie pozawalały to chyba cud, bo
nikt nie miał siły śledzia wbić w ziemię. Na drugi dzień ogłosili nam
wolne. Nie zapomnę kolegi z sąsiedniego namiotu, rankiem chwycił buta i
jak oszalał gonił po ściernisku koguta. Kogut z samego ranka nas
odwiedził i wydzierał się niemiłosiernie ... a my chcieliśmy tylko spać !
.
Właśnie wychodzimy z Wrocławia.
Wszyscy tacy czyści, domyci i wypoczęci.
Najbardziej
zapamiętałam pierwszą pielgrzymkę w stanie wojennym. Zakaz zgromadzeń.
Pozwolenie na pielgrzymkę udzielono ale ostrzegano nas żeby nie iść.
Wiedzieliśmy, kto w grupie jest esbekiem. Oczywiście oprócz tego, o
którym wiedzieliśmy, byli jeszcze inni. Ksiądz ostrzegał nas,
wiedzieliśmy co można mówić, jak można mówić. Oczywiście agenci szybko
działalność rozpoczęli. Nagle, dziwnym trafem, popsuło się nagłośnienie.
I to w kilku grupach. Nie ma nagłośnienia, nie ma śpiewu, nie ma
konferencji . Wieczorem, na bazie, nasi spece od nagłośnienia
sprawdzili. Okazało się, że w kablach (to były dwużyłowe kabelki)
znaleźli mnóstwo szpilek, tak sprytnie wpiętych, by połączyć ze sobą te
dwie żyły. Od tego dnia kabelki nosiły wyłącznie dziewczyny. chłopaki
mieli zakaż. Sprzęt przestał się psuć.
Czasem pod pole namiotowe
podjeżdżał żuk, wypełniony skrzynkami z piwem. Różni dziwni faceci z
aparatami kręcili się wokół , gotowi fotografować, jak to pielgrzymi się
upijają. Śmieszni ludkowie, każdy głupi poznał się na tej prowokacji.
.
Najgorzej
było na Mszach. zwłaszcza gdy gromadziły się wszystkie grupy pod gołym
niebem. Pamiętam jedną Mszę, kiedy nad ołtarzem latały helikoptery, tak
niziutko, że zagłuszały wszystko.
Naszej grupy nie wpuszczono
wtedy do Klasztoru główną drogą, czyli Alejami Najświętszej Marii Panny.
Szliśmy z boku, od strony kościoła Świętej Barbary. Śpiewaliśmy "Pieśń
Konfederatów Barskich" :
"Nigdy z królami nie będziem w aliansach
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi."
Pełno
było milicji i zomo. Wszędzie stały ich motory. Na chodniku zomowiec, w
białym kasku i białych rękawiczkach, regulował ruch pielgrzymów.
Koleżanka podbiegła do niego i wręczyła mu bukiet kwiatów. Popatrzył
wściekły ale nic nie zrobił.
Szliśmy w skwarze i w deszczu i podczas burzy.
Każdy
miał przy sobie chlebak a w nim blaszany, półlitrowy garnuszek, jakąś
kanapkę, bidon z kawą albo z wodą, podręczne leki i płaszcz
przeciwdeszczowy. Swetry zawiązywało się wokół bioder. Na głowie albo
chustka, albo czapka, albo kapelusz. Zdobycie pielgrzymkowego stroju to
był wtedy nie lada wyczyn. Buty - wiadomo ale skąd zdobyć 9 podkoszulków
???. Podkoszulek bawełniany to wówczas był rarytas. O skarpetach nawet
nie mówię. Rajstopy dostawało się na Dzień Kobiet ale skarpety ! ja
miałam młodszego braciszka no i tatusia. Obydwu doszczętnie obdarłam i z
podkoszulków i ze skarpet. Coś tam na podkoszulki naszyłam i było.
Spódnice miałam niestety tylko satynowe, w kwiatki. Dzisiaj pewnie żadna
dziewczyna tak by się nie wybrała.
Idziemy przez las. Chwile na refleksję , na modlitwę.
O czym myślę ? Przepraszam ... dziękuję ... proszę ...
... Matko, która nas znasz, z dziećmi swymi bądź
Na drogach nam nadzieją świeć, z Synem swym, z nami idź
A teraz opowiem
jak wyglądał przeciętny dzień na pielgrzymce.
Pobudka o piątej albo o szóstej.
Składanie
namiotów i bieg do kuchni polowej, z bidonem, po kawę. Każdy pielgrzym
mógł dostać czarną kawę zbożową, bez cukru. Prowiant mieliśmy własny.
Nasza mała studencka grupka żywiła się zawsze wspólnie. To były niestety
czasy, kiedy jedzonka w sklepach nie było. Cudem zdobywaliśmy puszki
konserwy "turystycznej".
No - pycha !!!. Każdy z nas miał po 9
konserw, identycznych. Wrzuciliśmy je do jednego wora, do tego ktoś
przezornie miał kilka cebul a ktoś inny trochę cukru i wszystko.
Dziewczyny robiły śniadanie a chłopcy taszczyli nasze bagaże na żuka.
Oczywiście my zawsze byliśmy grupa pościgowa. Dziesięć minut spania
dłużej a potem pędem przez kilka grup do naszej. Chlebaki nam
podskakiwały, przywiązane garnuszki też a pielgrzymi z sąsiednich grup
takim ofermom jak my, bili brawo.
.
ooo - to właśnie niedobitki
Docierają z pola namiotowego do ostatniej grupy.
Zwykle
było 6 etapów. Szliśmy ze śpiewem. Różne to były piosenki i
pielgrzymkowe i całkiem świeckie. Niewielkie fragmenty trasy wiodły
szosami, przeważnie szło się przez lasy. polnymi drogami
Kiedyś,
przez dziewięć dni żar lał się z nieba, całkiem jak teraz. Etap przez
piaski, tak zwaną pustynię, pokonywaliśmy z ustami zasłoniętymi
chustami. Ludzie wynosili na drogę wiadra z wodą do picia. Wtedy
powstało nasze pielgrzymkowe powiedzenie "ani cienia bożego"
Innego roku przez dziewięć dni lało niemiłosiernie.
Kałuże, jak kałuże, ale rozdeptane przez kilkadziesiąt tysięcy pielgrzymów to już tragedia, no i ślizgawka.
Zgadnijcie
komu się przytrafiła jazda figurowa ? No oczywiście że byłam to ja.!
Ciapnęłam siedzeniem w sam środek kałuży. I chociaż pielgrzymka pokutna
to ja ze śmiechu nie miałam siły wstać i siedziałam w błotku aż mili
braciszkowie mnie wyciągnęli.
Idąc w tak wielkiej
grupie nie używa się parasoli. Wieczorem, na bazie, wszystko ma się
mokre od butów aż po gumę od majtek. Jedyna rada połączyć się w
trójeczki ze wspólnymi plecakami. a w nich wspólne bardzo mokre, średnio
mokre i suche. Ej - kiedyś w deszczu jeden namiot spłynął. Nocowaliśmy w
drugim, na siedząca. osiem osób w trójce, jak te śledzie.
... Królowo ognisk rodzinnych przyjdź i drogę wskaż
Królowo Matko Kościoła do Syna swego nas prowadź
Przystanki po drodze. Ufff - pełnia szczęścia.
Nareszcie można nogi rozprostować, zdjąć buty i skarpety, wyjąć z chlebaka zdobyczne kanapki.
.
Jedliście kiedyś zupę z gwiazdami ?
Wspaniale
smakuje. Jechała z nami kuchnia polowa. W wielkich kotłach gotowali
zupę dla wszystkich. Czy ktoś pamięta z dawnych czasów zupę ogonową z
torebki ? to właśnie było "takie coś" W środku pływał drobny makaronik w
kształcie gwiazdek z dziurkami. Apetyty tak nam dopisywały, że te
gwiazdy wydawały się najwspanialszym rarytasem. Każdy dostawał zupę do
blaszanego kubka. Po obiedzie kubek wycierało się trawą. Przydawał się w
czasie drogi, gdy mieszkańcy wynosili nam wiadra z kompotem.
Dzielili
się z nami czym mieli. Przed domami ustawione były często stoły a na
nich kanapki, kiszone ogórki, owoce, czasem nawet ciasto.
.
Przystanki w deszczu . Odpoczynek w zbożu.
Brrrr - zimno i wszystko mokre. Po co mi ta chustka na głowie ? chyba, żeby nie straszyć pielgrzymkową fryzurą.
Po
drugiej stronie drogi, w zbożu stoją snopki. Pod snopkami przysiedli
pielgrzymi. To spowiedź. Spokój, wystarczająco dużo czasu na rozmowę, na
zastanowienie , na refleksję nawet na wspólne zmierzenie się z
problemem ... Bardzo wielu pielgrzymów wybierało ten rodzaj spowiedzi.
Księża szli też często za grupami, można było podejść i odbyć spowiedź w
drodze. Nikt nie przeszkadzał.
... Co jest najważniejsze, co jest najpiękniejsze
co prawdziwe, jedyne, największe, za co warto życie dać
Msza Święta polowa.
Najważniejsza
część pielgrzymkowego dnia.. Za każdym razem głębokie przeżycie. To
były zupełnie inne Msze. Wśród drzew, na polach. Jedna szczególna.
Odprawiana o czwartej nad ranem. Nigdy nie zapomnę ołtarza i słońca,
które wschodziło w czasie Przeistoczenia.
.
Mstów - pod samą Częstochową.
Msza na rozległych łąkach, nad wodą.
Najpierw
rozbijamy namioty, przebieramy się i podobni do ludzi idziemy. Już
możemy powiedzieć, że doszliśmy. Częstochowa na wyciągnięcie ręki.
Docieramy do celu.
Jak dobrze, że wody będzie pod dostatkiem.
Czasami,
niestety, wody bardzo brakuje. Pamiętam takie dni, kiedy nie było w
czym umyć nóg. Strach się przyznać ale myliśmy nogi w czarnej kawie.
Biedni chłopcy tego dnia do golenia też kawy używać musieli.
Jak mus, to mus.
.
I tak bywało, niestety.
Zwłaszcza w duszne i upalne dni.
Szczęściem
służby medyczne dobrze działały. Po krótkich pobytach w punkcie
medycznym delikwenci wracali na trasę. Czasem ktoś słabszy przejechał
etap albo i cały dzień odpoczywał na bazie.
Od razu wyjaśniam - na tym zdjęciu to nie ja padłam.
Ja na kilku pielgrzymkach pełniłam rolę siostry medycznej..
.
Tutaj dopiero się przyuczam.
Naszą
sanitariuszką była siostra zakonna Józefa. Fantastyczna siostra , taka
"męska" odporna na wszystkie trudy. Właściwie nie ma co się dziwić bo to
siostra ze szpitala, instrumentariuszka z chirurgii. "Operowała" brata
przewodnika aż miło ! Brat porządkowy musiał go trzymać, żeby wrzasku
nie było.
Rok później wyruszyłam uzbrojona w igły, strzykawki,
rękawiczki , gaziki, bandaże i inne takie okropieństwa. Do dzisiaj
pamiętam pigmentum castellani. A rapacholin jest dobry na wszystko,
nawet na pielgrzymkową depresję, zwłaszcza dla maruderów z grup
pościgowych.
.
Grupa pościgowa
czyli
silna grupa pod wezwaniem, czyli my dziewczyny. No, tym razem padłyśmy
nie na żarty. Usiadłyśmy sobie w rowie i postanowiłyśmy umrzeć ze
zmęczenia. Niestety, zaprzyjażniony brat porządkowy wrednie doniósł
bratu przewodnikowi czyli księdzu . No i ksiądz doholował nas, znaczy,
czarne owce, do reszty stada.
Popatrzcie na moje nogi. Zamiast
ślicznych białych tenisówek mam pożyczone od kolegi męskie sandały, 5
numerów za duże. Nogi mam włożone do plastikowych woreczków bo tego dnia
lało. No szyk paryski.
Wieczór zapada, grupy pielgrzymkowe zbliżają się na nocleg do bazy.
... Zapada zmrok, już świat ukołysany,
znów jeden dzień odfrunął nam jak ptak
Panience swej piosenkę na dobranoc,
zaśpiewać chciej w ostatnią chwilę dnia
Wszystkie
grupy tradycyjnie śpiewają tę samą piosenkę, po cichu nazywamy ją
"pościelówą" Nam dobrze, bo już doszliśmy. Namioty nieco pływają ale co
tam ! jakoś dało się rozbić. Zresztą czy mokro od góry, czy od dołu to i
tak chyba już wszystko jedno.
Jutro Górka Przeprośna.
Każdy z nas weźmie ze sobą kamień symbolizujący to, co obciąża nasze sumienia. Poniesiemy te kamienie na samą górę.
A na górze święto - wszyscy sobie dziękują, przepraszamy się za psikusy i takie tam różne, co po drodze.
Na górce przewodnicy fruwają.
.
To zdjęcie grupy franciszkańskiej.
W naszej grupie brat przewodnik co roku też tak fruwał.
Gorzej
było z siostrą Józefą. Poooofrunęła a potem łuuuup o ziemię!!! Gapy nie
złapały ! Wcale się na gapy nie obraziła. Śmiechu było co niemiara i co
roku wspomnienie "upadku".
... Z modlitwą i pieśnią idziemy
do miejsca świętego na ziemi
do Matki Najdroższej, by hołd oddać Jej
i złożyć u stóp Jej serce swe
I pomyśleć - jak dawno temu temu ja byłam młoda ...
eeech - tak bym zjadła garnuszek zupy z gwiazdami
WRÓCIŁAM TU NA CHWILĘ DO WSPOMNIEŃ
dlaczego akurat tych z pielgrzymek ? Na Światowych Dniach Młodzieży z Janem Pawłem II, w Częstochowie, też byłam. To dla mnie są zdarzenia "bliskoznaczne" wróciłam akurat do pielgrzymek, bo tylko pielgrzymki mogę zdjęciami udokumentować. Na ŚDM byłam tylko kilka godzin, z przejęcia jakoś nikt wtedy nie zabrał ze sobą aparatu.
*
DZISIAJ
Dzisiaj swoista PIELGRZYMKA. Młodzi z całego świata właśnie docierają do bazy, na ostatni przystanek. Dzisiaj nie ma problemu z
jedzeniem, nie na problemu z ubraniem. Nikt nikogo tak nie
śledzi, nie donosi, gdzie trzeba. Za uczestnictwo nie płaci się
stanowiskiem, ani karierą. Wszystko jest bardziej dograne, usprawnione.
Jest telewizja i wspaniałe cyfrowe fotografie, społecznościowe media. Czy jest łatwiej ?
nie wiem. Trzeba przecież siebie pokonać, własną słabość. Jest inaczej
ale sens i cel pozostał ten sam.
Macham do Młodych ! jak nas, na naszych drogach, czeka was upał, spiekota,"ani cienia bożego" ulewy, burze, błoto, ale co tam, wiem, że czekacie na coś bardzo szczególnego i mam nadzieję, jak kiedyś my, tak teraz wy się doczekacie ...
*
Czasem spotykam moich, czyli znajomych z tamtych, pielgrzymkowych dróg. O, choćby tu na blogu, spotkałam Tomasza i wcale nie wydaje mi się dziwne , że zrozumieliśmy się od razu, że nawet poglądy na życie, współczesny świat, na na politykę mamy podobne. Buszując po fejsie natknęłam się na dwóch moich pielgrzymkowych nauczycieli. Obydwu pamiętam z trasy. Miło było spotkać teraz Profesora Wiszniewskiego i ojca Ludwika Wiśniewskiego.
Przytoczę fragment:
"To jak pan wyobraża sobie kształcenie patriotyczne?
- Uważam, że
kształcenie obywatela na patriotę jest niepotrzebne. Bo patriotyzmu nie
można nauczyć kogoś na pamięć, tylko trzeba go doświadczać na
przykładach w życiu codziennym. Dla mnie wzorem dobrego człowieka i
patrioty jest ojciec Ludwik Wiśniewski, który nie tylko wzywał do
patriotyzmu, ale dawał jego przykłady. Kiedy w 1981 roku zomowcy rozbili
nasz strajk okupacyjny w gmachu głównym Politechniki poszedłem o 4 rano
do budynku D1. Wszedłem do sali, gdzie trwał wiec strajkowy i
zobaczyłem piękną, biało-czarną sutannę ojca Ludwika. On pokazywał
patriotyzm swoim życiem.
Jestem dumny, że Politechnika
Wrocławska zapisała w historii bardzo ładną kartę niepodległościową
począwszy od wielkiej demonstracji w październiku 1956 roku".

Mój świat, niegdyś moja Alma Mater i jej niegdysiejszy rektor, kandydat na premiera, minister nauki, brat Andrzej, jak się do niego zwracaliśmy na trasie. Na pytanie, czy w rektoracie można tak samo, odpowiadał z uśmiechem - kto się odważy, proszę bardzo. Żałowałam, że wcześniej studia skończyłam, ja bym tam się odważyła.
.
A to ojciec Wiśniewski, nasz brat Ludwik, duszpasterz akademicki, w PRL działacz opozycyjny, głęboki myśliciel, wychowawca młodych mojego pokolenia, według niejakiego Terlikowskiego "twórca sekty".
to nie historia, to koniec 2015 roku
Dzisiaj obaj są drugiego sortu, jak Tomek, czy ja. Dziwny jest ten świat.
Pamiętam ich nauki o wierze, o solidarności, o uczciwości i o wolności ...
zostało mi do dzisiaj i to całkiem na serio.
*
z przyjemnością polecam Malina M *
strona liiil