i ja - najprawdziwsza pierwszoklasistka !
ależ byłam wtedy dumna i przejęta !
Bardzo czekałam, kiedy pójdę do szkoły. Dostałam tornister na szelkach, taki tekturowy, i worek na papciuszki, z wyszywanym muchomorkiem. Dostałam pióro ze stalówką, gumkę myszkę, kałamarz z atramentem no i kredki, piękne, dwupoziomowe, przyniósł mi je święty Mikołaj a ja schowałam, żeby do szkoły były nowe.
Lubię to zdjęcie, zawsze mnie śmieszy.
Ech, z wrażenia ja zrobiłam zeza w jedną stronę a moja koleżanka w przeciwną, czyli - jedna oko na Maroko, druga na Kaukaz Zdjęcie zostało zrobione na lekcji religii, nie potrafiliśmy jeszcze pisać, więc rysowaliśmy w takich wielkich blokach. Siedziałam w pierwszej ławce. Ja to ta dziewczynka po lewej stronie, co dumnie pokazuje tarczę. Spać nie mogłam jak tarczę dostałam. Szkoła nr 13 im. Janka Krasickiego, klasa 1B. Nareszcie byłam prawdziwą uczennicą.
Pamiętam swoją Panią z podstawówki, pamiętam nawet, że pierwszego września 1961 roku był upał, Pani przyszła do naszej klasy w czerwonej sukience z tafty. Od razu przypadła mi do serca.
Do szkoły miałam daleko, trzeba było przejść ruchliwe ulice i drewniany most na rzece ale tylko pierwszego dnia poszłam z rodzicami, potem otworzył się przede mną nowy świat samodzielności. Byłam zachwycona. Szkoła to była tysiąclatka, dzieci było tak dużo, że uczyliśmy się na dwie zmiany. Ech - jak cudownie wracało się do domu zimą , po zapadnięciu zmroku, jakim wspaniałym przeżyciem było przechodzenie przez most w czasie powodzi. Pamiętam swój pierwszy stopień w pierwszej klasie - dwója ze śpiewu. Dzieci śpiewały piosenkę a ja odpłynęłam w marzeniach udając że ławka to fortepian a ja to wielki Fryderyk o którym rodzice mi opowiadali. Noooo - wymarzony początek z konsekwencjami w domu;-). Dziękować Bogu nikt nie kazał mi śpiewać solo w celu poprawy stopnia ... taka kompromitacja mogłaby się żle skończyć. Kiedyś dzieci były ambitne i takie bardzo na serio, przejmowały się złym stopniem, ale to nie był wyścig szczurów. W jakimś sensie wtedy te stopnie dla nas były wyznacznikiem naszej dorosłości. Szkoła była ważnym punktem odniesienia w naszym dziecięcym świecie, byliśmy bardzo zżyci ze szkolą i ze sobą. Byliśmy tacy jacyś niewinni, naiwni, nie było w nas agresji raczej zachwyt bajkami, legendami, nie było walczących światów, były grzybki, królewny i rycerze. I wielkie bale w sali gimnastycznej. Oranżada i ciastka, Robinson i Dzieci z Bullerbyn.
Z jakim zapałem stawaliśmy się niewidzialną ręką albo zbieraliśmy dobre uczynki, albo w nocy, z krzykiem, budziliśmy się gdy burza złamała gałęzie drzewa, które dano nam pod opiekę. Ech - mój klonik jest dzisiaj ogromnym drzewem. Każde z nas chciało mieć najpiękniejszy zielnik, największą fasolę, wyhodowaną z ziarna albo najładniejszy szlaczek w zeszycie. Czasem rodzice pomagali dzieciom rysować te szlaczki ale moi nie chcieli ... ile wylałam dziecięcych łez, że moje krzywe i brzydkie, ale własne - odpowiadali i był koniec dyskusji. Nigdy też nie pamiętam, żeby ktoś ze mną odrabiał lekcje, jak chciałam iść na podwórko to lekcje musiały być zrobione i kropka. Piorunem mi szło z tego powodu . Krótkie pytanie: odrobiłaś ? odrobiłam. Wystarczyło. Tylko raz na początku dorosłego, szkolnego, życia rodzice wzięli mnie na bardzo poważną rozmowę i między innymi rzeczami wtłoczyli w moją dziecięcą główkę, że się nie kłamie, NIGDY, nawet gdyby miało boleć. Skutecznie, bo nie kłamałam i już. Hmmm - dopiero jako mocno dorosła nauczyłam się nieco naginać te zasady i jak mnie ktoś pyta o projekt, którego jeszcze nie skończyłam, to bez mrugnięciem oka łżę jak pies a potem w nocy przysiadam i do rana kłamstwo staje się prawdą "drukarka zaczyna działać" i jest gotowe.
.
Po czterech latach zmieniłam szkołę, bo pod moim domem wybudowali nową. Janka Krasickiego zamienił Karol Świerczewski. Na tym zdjęciu jestem już poważną piątoklasistką. Siedzę w czwartej ławce, to ta dziewczynka z czerwoną kropką na kołnierzyku, jeszcze wtedy nie byłam okularnicą.
Ech - łza się w oku kręci, kiedy patrzę na te moje szkolne koleżanki i kolegów. Miałam już wtedy swoją "paczkę" - dwóch kolegów i ja. Hultajska trójeczka kujonów. Takie szkolne przyjaźnie, a czasem nie tylko przyjaźnie, trwają bardzo długo. Nasza trójeczka oczywiście razem poszła do ogólniaka. Zgodnie wybraliśmy sobie klasę matematyczno-fizyczną. Zgodnie wybieraliśmy kółka zainteresowań i oczywiście zgodnie odrabialiśmy lekcje. Wypracowania czasem pisało się po dwa bo chłopaki lepsi byli z pozytywizmu a ja z romantyzmu. Ile razy dostawałam kartkę pod ławką: masz jabłonie ? i zaraz kartka z mojego zielnika wędrowała do Andrzeja ... masz chleba ? pisałam do Henia i zaraz pod ławkami wędrowała do mnie bułka z kiełbasą, Bułkę sobie zjadałam, jak się pani odwróciła ... taka byłam. Tacy byliśmy. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jak przyjaźń to na zawsze.
Co miało przetrwać, przetrwało do śmierci . Obydwaj chłopcy uśmiechają się do mnie z góry a ja czasem coś im tam opowiadam jak za dawnych dobrych czasów ...
Witaj szkoło, żegnaj szkoło ...
piękne były moje szkolne lata
*
z przyjemnością polecam Malina M *
jeśli podobał Ci się ten wpis
to wejdź na liiil














